Kochać i odkrywać codziennie od nowa – życzenia noworoczne

Z początkiem 2013 zakochałam się w Buenos Aires.
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Motyle. W brzuchu czułam motyle. Oczu nie mogłam oderwać od strojnych budynków, wyrazistych kolorów, namiętnego tańca. Nieprzespane noce, tango do rana, czerwone wino, muzyka. Wirowało. Wszystko wirowało.

Za chwilę miną mi i mojemu Buenos Aires trzy lata. Mówią, że okres zakochania przechodzi właśnie po trzech latach. Hmm…

Tak, codzienność przytłacza. Psie kupy na chodnikach, dzielnice biedy, kradzieże. Jest gorąco. Przestało wirować, motyle przysiadły. Po co ja tu przyjechałam?
Wydaje się, że znam moje Buenos Aires, że nie może mnie zaskoczyć.

I wtedy wchodzę w nową uliczkę.
Nigdy tu nie byłam.
Nigdy tego nie widziałam.
Rety jak tu pięknie:)!

To co, że nie ma majeranku, śmietany, wszyscy się wiecznie spóźniają i nic nie działa jak powinno.

To co! Motyle podrywają się!

Znów chce się założyć szpilki, czerwoną sukienkę i tańczyć do białego rana.
Radość znów rozpiera i chce się żyć.
Tu i teraz!

Moi Drodzy,
Życzę Wam w 2016 takich właśnie momentów. Szukajcie nowych uliczek, wchodźcie w zakamarki, zaglądajcie w kąty. Tam kryją się motyle:)

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pożegnanie z The Bell

I minęło….moje 10 tygodni w The Bell….

Za chwilę dopiję kawę, wstanę z łóżka, spakuję rzeczy i pojadę na lotnisko.

To było cudowne doświadczenie. Od pierwszego dnia.

Okolica jak z bajki.
Stare domy pokryte słomą, urokliwe ogrody z różami i lawendą, rzeka nad którą jadałam śniadania, jeziora, młyn…Codziennie słyszałam śpiewające ptaszki, rano budził mnie stukot koni, którymi sąsiedzi jeździli na przejażdżkę po parku, słychać było beczenie baranów i rżenie osiołków…

Nie miałam samochodu.
Całą okolicę zwiedziłam w tempie piechura. Słońce, deszcz, zapach wody, ziemi, drzew….Potem dołączyła do mnie Gazelka*, a z Gazelką do moich wycieczek dołączył wiatr.

W Dzwoneczku zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Krzywe ściany, krzywe podłogi, krzywe schody, warstwy farby na ścianach, stare okna, stare drzwi…wszystko takie nieidealne i nieakuratne.

I ludzie

W monecie, w którym zaczynałam pisać o ludziach dostałam SMSa:
Morning! Fancy some scrambled egg & toast?!**

To John, Irlandczyk, sąsiad. On i jego żona Linda, mieszkają 3 domy od pubu. Można do nich iść w piżamie (tak odziana właśnie do nich poszłam i wróciłam żeby pisać). Kochani, bardzo gościnni i ciepli ludzie. John w pubie pije ciemne piwo a Linda jasne. Mieli przez 15 lat dom w Polsce. John kocha Polskę, kocha polski język a ja kocham jego pisownię polskich słów:)

Obok nich mieszka inny John (zwany crazy John). Kiedyś przejrzeliśmy z nim rachunki jakie miał w portfelu…wszystkie były z The Bell:) John ma lat 24 i uwielbia imprezować. Pub jest dla niego drugim (jeśli nie pierwszym) domem. John nie mieszka sam. Mieszka z rodzicami. Jego tata przygotowywał dla nas quizy. John ma siostrę bliźniaczkę – super dziewczyna. Świetnie gotuje, lubi pić Prosecco i ma rewelacyjne poczucie humoru. Aha! Ma też zespół Downa.
Rodzice Johna mają 7 kur. W trakcie imprezy pożegnalnej, o 12 w nocy, John poszedł na chwilę do domu (43 kroki – któregoś dnia policzyliśmy) i wrócił z jajkami. Wręczył mi ze słowami: dopiero co zniesione. Będziesz miała na śniadanie.

Jest Paul – malarz, który przychodzi na piwo codziennie między 11.30 a 12.00. Jego kumpel, który dołącza do niego pół godziny później. Clifford – zapalony wędkarz, który dziś zawiezie mnie dziś na lotnisko.

Oj…tyle osób tu przychodzi, że nie sposób wymienić i opisać wszystkich…

Razem ze mną mieszkała Una – Irlandka, szefowa kuchni. Z Uną spędziłyśmy wieczory i noce na rozmowach łatwych i trudnych. Z Uną słuchałyśmy głośno muzyki i jadłyśmy curry. Una codziennie modli się do swoich aniołów o pomyślny dzień. Czasami anioły jej nie słuchają i wtedy Una krzyczy w kuchni…Haaaaarveeeeey….

No właśnie.
Jest też Harvey, lat 18. Pracuje z nami. Przeważnie pomaga w kuchni. Harvey jest wolny (dlatego doprowadza Unę do szału) i nie potrafi śmiać się do zdjęć. Po prostu nie potrafi.
Jest Ben, Matt, Max, Rachel, Steph, Aussie Steph (szalona Australijka), Sarah (aktorka), Jo, Rhiannah, Megan, Katie, rudy Elliot, Nina, Yla, Millie, Alex, Lauren. To nasz zespół.

Są tu też James i Sally.
Moi znajomi, którzy zaproponowali mi tę pracę – właściciele pubu.

James jest tu na co dzień. Prowadzi pub. Sally przyjeżdża kilka razy w tygodniu. To dzięki nim ten pub jest miejscem, które wszyscy kochają. Dbają o wszystkich i wszystko. Stworzyli w przeciągu 5 miesięcy (bo tak długo prowadzą ten pub) miejsce, w którym każdy czuje się jak w domu a oni stali się przyjaciółmi każdego, kto chce tu przyjść pośmiać się lub wypłakać.
Sally i James mają dwójkę dzieci – Aliston (lat 12, zrobił dla nas ciasto wczoraj) i Rosie (lat 9).

Wczoraj Rosie podeszła do mnie, przytuliła się i spytała: Dlaczego musisz jechać? Będę tęsknić?

….

Kończę, bo a) muszę się spakować i b) zaraz się popłaczę….

To były piękne wakacje…
Dziękuję wszystkim:)

Żegnaj przygodo i … witaj przygodo!:)

*Dla niewtajemniczonych Gazelka to mój ukochany rower.
** Tłum: Dzień dobry. Chcesz jajecznicę i tosta?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Trudna sztuka obsługi klienta. Anglik vs. Polak

….

Poniższe sytuacje zdarzyły się w The Bell

Sytuacje pierwsza:
Odbieram telefon
– Halo, The Bell, w czym mogę pomóc?
W słuchawce słyszę głos starszej kobiety:
– Dzień dobry. Wczoraj jedliśmy z rodziną kolację w Państwa pubie. Było bardzo dużo ludzi i nie mieliśmy okazji podziękować więc dzwonię. Spędziliśmy naprawdę miły wieczór. Dziękuję za miłą obsługę i proszę przekazać w kuchni, że jedzenie było wyśmienite.
….

Sytuacja druga:
Kelnerka wchodzi do kuchni i mówi:
– Klientka powiedziała, że kolacja była smaczna ale zauważyła, że kilka małży było zamkniętych.
Una (szefowa kuchni) i James (właściciel pubu) po krótkiej naradzie zgodnie stwierdzają:
– Idź do stolika i powiedz, że bardzo przepraszamy i że w takim razie za kolację płacić nie musi. Zaproponuj też kieliszek wina na nasz koszt.
….

Sytuacja trzecia:
Zamówiliśmy warzywa i zioła. Zostały dostarczone jak zawsze przed południem. Przyjechały wszystkie oprócz dość istotnej dla naszej kuchni bazylii. Wina nasza, bo bazylii w zamówieniu nie było. Zanim się zorientowaliśmy że bazylii nie ma, dostawca odjechał.
Dzwonimy i mówimy, że tak to i tak, i że nie ma bazylii. Pół godziny później do kuchni wchodzi człowiek w garniturze z pękami bazylii w skrzynce i mówi:
– Byłem u brata jak dzwoniliście do niego. Powiedziałem mu, że Wam tę bazylię przywiozę…Ja u niego nie pracuję ale nie ma problemu. The Bell był akurat po drodze.
….

A teraz czwarta sytuacja…wymagająca nieco dłuższego opisu…
Dostałam namiary na firmę, która organizuje transporty/przeprowadzki do Polski. Nasi ludzie. Firma z Polski.
Miałam do wysłania Gazelkę – mój rowerek, świecznik – metrowy nabytek znaleziony przed jednym z tutejszych domów i dwa pudła (tu zawartość różna, w większości rzeczy, które kupiłam mieszkając w Anglii, a które zostawiłam tutaj u znajomych przed moją podróżą do Ameryki Południowej).

Napisałam na podanego na Facebooku maila. Systemowa zwrotka poinformowała mnie, że mail nie został dostarczony. Napisałam więc na Facebooku.
Odpowiedź: Pierwszy tydzień sierpnia to za wcześnie, żeby powiedzieć, w jakich dniach będziemy organizować transport pod koniec sierpnia. Proszę o kontakt około 15 sierpnia.

Piszę zatem 15 sierpnia
Odpowiedź: Następny transport do Polski 22-23 sierpnia.
Uzgodniliśmy cenę, podałam adres odbioru i dostawy paczek, numer telefonu itd.

Od 15 do 22 sierpnia cisza.
22 sierpnia (sobota) lekko zaniepokojona piszę: Kiedy odbiorą Państwo przesyłkę?
Odpowiedź: W poniedziałek – wtorek kierowcy zbierają wszystkie przesyłki. Pozdrawiam i życzę udanego weekendu.

Hmmm…poniedziałek – wtorek to nie 22-23 sierpnia ale 24-25… Pan jest miły, życzy udanego weekendu….nie będę robić problemu – pomyślałam.

Zgodnie z prawdą poinformowałam, że we wtorek mam umówione spotkanie w banku w Bedford i że nie będzie mnie pod ustalonym adresem przez kilka godzin. Poprosiłam o dokładny dzień i godzinę przyjazdu bym mogła wszystko jakoś pogodzić i zorganizować.

W odpowiedzi usłyszałam: Niech sobie Pani pozałatwia, przesyłkę odbierzemy w środę.

Środa 26 sierpnia
Godzina 15…cisza.
Nie wytrzymuję.
Piszę: O której godzinie zjawi się u mnie kierowca? Czekam od rana…
Odpowiedź: Proszę mnie zrozumieć, to nie moje wina. To wina klientów. Kierowcy czekają na nich nawet do 3 godzin. Stąd opóźnienia.
Piszę: Proszę mnie zrozumieć, że ja nie mogę i nie chcę czekać całymi dniami na odbiór przesyłek.
Odpowiedź: Żeby Pani nie czekała, przyjedziemy w czwartek.
Piszę: Ja już naprawdę nie mogę dłużej czekać. Czy czwartek to ostateczny termin?
Odpowiedź: Tak, na 100%. Jak trzeba będzie to wyślę dodatkowy samochód.

Czwartek 27 sierpnia
Muszę nadmienić, że czwartki w The Bell są naprawdę bardzo zajęte. W czwartki serwujemy małże po belgijsku, które cieszą się dużym powodzeniem. W czwartki między 19 a 22 cały pub jest pełen ludzi.

Wiedząc, że wieczorem będę zajęta, o 9 rano piszę: O której zjawi się kierowca?
Odpowiedź: Między 20 a 21.
Piszę: Nie spodziewałam się tak późnego odbioru. Między 19 a 21 będę bardzo zajęta. Kierowca będzie musiał poczekać.
Odpowiedź: OK (to „OK” to dokładny cytat)

21.15
Piszę: Kiedy będzie kierowca?
cisza…

21.20
Dzwonię…
cisza…

21.25
Dzwonię…
cisza…

21.30
Dzwoni telefon. Odbieram. To kierowca!
Jesteśmy w drodze do Pani. Będziemy o 23….

23.15
Nikogo nie ma…
Oddzwaniam do kierowcy.
Gdzie Pan jest? – pytam
Odpowiedź: Stoję w korku.
W korku? O 23? Gdzie? – pytam wkurzona ale jednocześnie rozbawiona wizją możliwości zaistnienia jakiegokolwiek korka w okolicy.
Odpowiedź: Jak Pani nie wierzy, to proszę wyguglować. GPS mówi, że jesteśmy 25 km od Pani.

23.50
Podjeżdża kierowca. Wychodzi z samochodu i mówi:
– To gdzie są te paczki?

Koledzy pomogli mi znieść paczki na dół. Wszystko zapakowane.

Mówię: Poproszę jakiś dokument potwierdzający odbiór rzeczy.
Kierowca wyrywa z bloczku jakiś druczek, przystawia pieczątkę i mi podaje.
Mówię: Nic tu nie wypełnimy?
Kierowca: Jak Pani chce, to proszę wypełnić.

Wypełniłam druczek i mówię: Poproszę, niech się Pan podpisze na mojej kopii.
Kierowca: Przecież jest pieczątka.
Mówię: Pieczątka pieczątką, ale ja poproszę o podpis. Czekałam na odbiór paczek 5 dni i moje zaufanie jest lekko naruszone.
Kierowca: O jezuuuuuu….

Zabrali rzeczy i pojechali.
Nie wiem czy dojadą i jeśli dojadą, to kiedy…

Za kilka dni wracam do Polski. To mój kraj, tam się urodziłam, tam mieszka moja rodzina, tam spędziłam większość mojego życia. Tam też się urodził Chopin i Cure-Skłodowska i Kopernik. Tam też są pagórki leśne, pola malowane zbożem rozmaitem, bursztynowy świerzop i gryka i panieńskim rumieńcem dzięcielina pała…ale czy my możemy być dla siebie bardziej uprzejmi…ludzie…o jezuuuuu….

Opublikowano 10 tygodni w The Bell (2015) | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pub – serce wsi.

Nie mogłam się ich doczekać. Miało być kolorowo, miało być głośno, miały być tańce i hulańce. Do Dzwoneczka mieli zawitać Morris Dancers

…I zawitali…
…I niestety…

Kopciuszkowi nie dane było zobaczyć ich tańców. Kopciuszek polewał pint za pintem i nie mógł nawet spojrzeć przez okno na tańczących Morrisów…Ba! Kopciuszek nawet okna nie widział, bo kolejka zasłoniła Kopciuszkowi wszystkie okna…

the morris(zdjęcie nie mojego autorstwa. Źródło)

Czasami bywa w Dzwoneczku bardzo gwarno…tak gwarno, że brakuje czystych kufli do piwa. W ekstremalnych momentach nawet samego piwa.

Czasem bywa bardzo kameralnie…rzekłabym nawet intymnie. Jeden klient opowiadający swoją historię życiową i barman(ka).

– Czym jest dla ciebie lokalny pub? – podpytywałam któregoś dnia naszych stałych klientów.
– To serce wsi – powiedział ktoś.
– To centrum lokalnych wydarzeń. Tu przychodzą wszyscy. Tu spotykają się wszyscy – dodał ktoś inny.

Wiejski pub to miejsce szczególne dla lokalnej społeczności.
Z badań przeprowadzone przez Newcastle Business School na 2,800 wiejskich parafiach wynika, że te obszary, które mają lokalny pub, cieszą się większym poczuciem wspólnoty. Według badań jest bardziej prawdopodobne, że tam gdzie istnieje lokalny pub, są też lokalne kluby piłki nożnej lub krykieta, odbywają się imprezy charytatywne, że są lokalne drużyny harcerskie itp. (źródło)

Imprezy w lokalnych pubach cieszą się zawsze dużą popularnością.

Pamiętacie jak przy zwiększonej aktywności mózgu, zbudowałam plan marketingowy dla Dzwoneczka na lato? (pisałam o tym tutaj).
Korporacyjna przeszłość kazała nazwać nasze działania planem marketingowym ale dla lokalnej społeczności to co wymyśliliśmy nie jest żadnym marketingiem, ale okazją do spotkania swoich sąsiadów. Tak, sprzedaje się piwo/wino i co-tam-się-jeszcze-sprzedaje ale nie o samą sprzedaż tu chodzi. Pub ma znaczącą rolę do spełnienia a właściciel pubu to trochę taki KO-animator wsi.

I tak w naszym kalendarzu animacji znajdują się:

– Quizy
– Impreza z muzyką na żywo z okazji rozbudowania ogrodu
– Degustacja sera lokalnej produkcji
– Wspólne wyjście z psami – całodzienna impreza dla właścicieli psów
– Czwartki z małżami i belgijskimi frytkami – dla wielbicieli wyrafinowanej kuchni naszej szefowej kuchni Pani Uny.

Ponadto:

Przez nasz pub przynajmniej raz w tygodniu przechodzą grupy piechurów (dla których specjalnie pieczone jest ciasto), przebiega grupa biegaczy (dla których wystawiamy napoje), przejeżdża grupa cyklistów/motocyklistów (dla których szykujemy miejsce w ogrodzie). Tuż przed moim przyjazdem, w czerwcu odbyła się impreza w ogrodzie zwana festiwalem piwa, na której była ponoć cała wieś.

Dzwoneczek przez jakiś czas był zamknięty. Starzy właściciele odeszli a nowi jeszcze nie przyszli. Moi znajomi otworzyli go na nowo w marcu 2015 roku. Z tego co słyszę od tubylców, wszyscy czekali na jego otwarcie jak na koniec przedłużającego się, męczącego remontu w centralnej części domu.

morris and me
Dobra…nie do końca byłam takim Kopciuszkiem i krzywdy nie dałam sobie zrobić;) Ja i Morris Dancers w trakcie ich występów w pubie.

quiz
Pierwszy quiz night w The Bell. Po lewej nagroda główna.

Opublikowano 10 tygodni w The Bell (2015) | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Dobroczynność na naszym podwórku, czyli komentarz Mamy Krysi do wpisu o dobroczynności Anglików

W ostatnim poście pisałam o dobroczynności Anglików. Mama Krysia, która ma na moim blogu swoją zakładkę, dodała swój komentarz – coś ze swojego podwórka.

Oto on:

Poprzez swoją niepełnosprawność i pracę zawodową* związana jestem ze środowiskiem, które często potrzebuje pomocy.

Często dobre słowo, pocieszenie, gest, bycie razem, są cenniejsze niż pieniądze. Rozumiemy to, ale wiemy też, że bez pieniędzy jest dużo trudniej.

Nam udaje się (na naszą małą skalę) połączyć jedno z drugim.

W babskim gronie częstym tematem są diety. Kto, ile i jak schudł (lub częściej, kto i ile przytył). Tematem towarzyszącym jest garderoba, która rośnie wraz z naszymi zmianami rozmiarów. Szafy pełne są rzeczy, których nie nosimy i nigdy nosić nie będziemy. Pomyślałyśmy, że trzeba coś z tym tematem zrobić – uporządkować szafy, dać możliwość noszenia naszych nienoszonych ubrań komuś innemu, wymienić rzeczy na pieniądze, które mogłybyśmy spożytkować na coś, co sprawiłoby nam radość.

Chciałyśmy oddać nasze rzeczy do ciuchlandu ale nikt nie chciał ich przyjąć, bo ponoć łatwiej sprowadzać rzeczy z tzw. Zachodu niż borykać się z naszymi.
Chciałyśmy sprzedać same ale przecież Urząd Skarbowy tylko czeka aby złapać biznesmenkę, która na kawałku tekturki, czy łóżeczku polowym rozłożyła swój towar, który mniej jest wart niż tzw. placowe.

Wychodząc z założenia, że kto nie chce szuka POWODÓW a kto chce szuka SPOSOBÓW, postanowiłyśmy wziąć sprawy w swoje ręce.

Naszym SPOSOBEM stało się pomaganie sobie nawzajem.

Na nasze babskie spotkania przynosimy dobre, często nowe rzeczy i wymieniamy je między sobą. Zabawy i śmiechu jest przy tym bardzo dużo. Komentujemy materiały, które bezczelnie kurczą się przez samo leżenie w szafie. Opowiadamy anegdoty o rozdzierających się pod naciskiem tkanki nie-mięśniowej spódnicach (one zawsze rozdzierają się w niewłaściwych okolicznościach). Składamy sobie wzajemnie obietnice, że od jutra przechodzimy na dietę, która w większości ma się ograniczyć do tzw. NŻT – nie żreć tyle.

Bawiąc się świetnie pozbywamy się zbędnych rzeczy. Na pożegnanie wrzucamy do kapelusza przysłowiową złotówkę, którą przeznaczamy na jakiś konkretny cel.

Nasze działanie to okazja do sprawiania sobie radości, do wspierania się w trudnych sytuacjach, do wyśmiania się, wypłakania, do naładowania akumulatorów.

Ksiądz Twardowski powiedział: Gdyby każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny.

Tak! Bawmy się w dobroczynność nawet na swoim podwórku. Dawanie daje więcej radości niż branie.

*Mama Krysia przez wiele lat pracowała z osobami niepełnosprawnymi, najpierw jako nauczyciel, potem jako dyrektor szkoły specjalnej w Płocku.

Opublikowano Rodzina i Przyjaciele Królika, Tymczasem Mama... | Dodaj komentarz

Zabawa w dobroczynność

Anglicy uwielbiają bawić się w dobroczynność.

Zacznijmy od mojego pubu – The Bell: na ladzie stoi puszka, którą postawiła fundacja zbierająca pieniądze na leczenie chorób serca. Co jakiś czas trafia tam reszta wydawana po zakupie tego, czy tamtego.

Przedwczoraj zatrzymało się w The Bell 120 osób z grupy Lord’s Taverners. Jechali z Manchesteru do Londynu. 4 dni. 480 km. Zbierali pieniądze na to, żeby dzieci z biednych rodzin i dzieci niepełnosprawne mogły uprawiać sport. Do tej pory zebrali £255 673.83 funciaków (wciąż zbierają)
cykliści

Wychodzimy z pubu i idziemy 50 metrów do parku .
Przed parkiem zamiast budki z człowiekiem pobierającym opłatę parkingową, mamy puszki. Na parkingu informacja: Parking bezłatny. Sugerowana kwota darowizny 1 funt. Darowizna będzie wykorzystana na utrzymanie parku.

IMG_2177

Korzystając z faktu, że moja Gazelka (patrz rowerek) jest na chodzie, wybrałam się wczoraj do Carlton a konkretnie do Emmaus Village, tuż za Carlton. To 30 minut drogi na Gazelce.
Pojechałam ponieważ powiedziano mi, że jest tam duży sklep z używanymi rzeczami. Mebelki, ubranka, wyposażenie kuchenne, słowem wszystko czego dusza zapragnie i to w bardzo korzystnych cenach. Dojechałam i co się okazuje: Emmaus to nie tylko sklep z używanymi rzeczami…to by było za proste jak na angielskie warunki. Sklep z używanymi rzeczami w tym kraju, to sklep pomagający jakiejś organizacji (ang. charity shop). Emmaus pomaga akurat bezdomnym*. W Emmaus Village mieszkają i pracują osoby, które kiedyś były bezdomne. Z ulotki dowiedziałam się, że mieszka tu 35 osób.

IMG_2594

Rzeczywiście można tu kupić używane rzeczy różnej maści (jest kilka pomieszczeń sklepowych). Można też dobrze zjeść w mieszczącym się tu bistro i poczytać książki (potem ewentualnie kupić: 70p za sztukę) popijając kawkę i jedząc ciacho.

emmaus ulotka

Myślałam żeby kupić super wielką serwantkę – antyk (cena: 100 funtów) biurko – antyk (cena: 40 funtów), maszynę do szycia – antyk (cena: 50 funtów) serwis do herbaty dla 6 osób (cena: 30 funtów), ale że Wizzair ma problem z serwantkami, maszynami i biurkami, ograniczyłam się do zakupu naszyjnika (cena: 1 funt) i kolczyków (cena: 50p).

IMG_2624

Osobiście jestem wielkim fanem charity shops. To jak pieczenie 4 pieczeni przy jednym ogniu:
1. Oddajesz rzeczy, których nie potrzebujesz i masz luz w szafach
2. Kupujesz fajne, oryginalne rzeczy za bardzo małe pieniądze
3. Kupując rzeczy stare przyczyniasz się do ograniczenia produkcji rzeczy nowych (a przynajmniej taką masz nadzieję)
4. No i oczywiście pomagasz potrzebującym.

W Anglii i Irlandii (jakoś wspólnie policzyli) jest 9000 charity shops, z czego najwięcej ma Oxfam – 700 sklepów – mój ukochany sklep z książkami, gdzie ostatnio (będąc w Bedford) zakupiłam 5 książek (nie wiem co na to Wizzair…). Oxfam akurat pomaga w zwalczniu biedy na świecie ale istnieje cała lista organizacji zbierających na różne cele: dzieci, osoby starsze, osoby z różnymi chorobami, psy, konie…jaki cel komu bliższy.

Gdzie są Twoje najbliższe charity shops, można sprawdzić na stronie internetowej Charityretail

I tak w mojej okolicy: W Bedford – w mieście wielkości Jeleniej Góry, jest 13 charity shops a w Rushden – w miasteczku wielkości Łowicza, Grodziska Mazowieckiego, czy Krotoszyna, jest ich 8.

Oddawanie rzeczy do/kupowanie w charity shops, bieganie na rzecz tego czy tamtego, wystawianie puszek, to nie jedyne sposoby na fundrising. Anglicy są w tym zakresie bardzo kreatywni.

W Movembrze (od słowa November – listopad) faceci przez miesiąc nie golą wąsów. Wyglądają wszyscy cokolwiek śmiesznie ale właśnie śmiesznie ma być. Im dłuższy wąs i im głupsza twarz, tym taki facet dostanie więcej wpłat za swoje poświęcenie. Wszystko po to, by walczyć z rakiem prostaty.

Ludzie „poświęcają” się w różny sposób. W internecie można znaleźć wiele poradników, jak w kreatywny sposób zbierać pieniądze. Między innymi poleca się:

W pracy:
– Sponsorowana cisza. W otwartych pomieszczeniach każda jedna niegadająca osoba więcej to ulga dla uszu. Niech płacą za Twoje milczenie
– Rób ludziom przez tydzień kawę/herbatę i pobieraj za to symboliczną opłatę
– Poproś szefa, żeby dał jeden dzień wolnego. Nie Tobie ale komuś, kto wylosuje losik. Za losik pobieraj symboliczną opłatę.
– Jeśli siedzisz przez cały dzień w pracy, poproś kolegów, żeby sponsorowali fakt, że przez cały dzień w tej pracy stoisz

W domu
– Wyprowadzaj psa sąsiadom, umyj im okna, skoś trawnik. Oczywiście za symboliczną opłatą
– Poproś ludzi o małe pieniądze w zamian za to, że powiesz im komplement

Mój znajomy zbierał kiedyś pieniądze na jakiś szczytny, bardzo lokalny cel. Żeby się „poświęcić” i żeby było medialnie, on i jego znajomi zjedli śniadanie pod prysznicem. Były tosty i płatki. Żeby było weselej, ubrali się w marynarki, muchy i gacie. Przedsięwzięcie się podobało. Trafili nawet na pierwszą stronę lokalnej gazety.

Darren Na zdjęciu kolega Darren i jego znajomi.

To wszystko to zabawa w dobroczynność ale jeśli jest skuteczna, to warto się w nią bawić. Nawet jeśli zbieramy pieniądze robiąc coś śmiesznego, to te pieniądze często pomagają w nieśmiesznych sytuacjach. Nie będzie bawić się w sponsorowaną ciszę matka dziecka, które umiera. Nie będzie urządzał śniadania pod prysznicem ten, który czeka na ratującą mu życie operację…

Jeśli możemy, pomagajmy! Zapraszam do odwiedzenia strony siepomaga

Przecież My Polacy też mamy wielkie serca! 🙂

*Emmaus to organizacja pomagająca bezdomnym ludziom założona w 1946 roku w Paryżu.

Opublikowano 10 tygodni w The Bell (2015) | Otagowano , , , , , , | 3 komentarzy

Pijaństwo w wiejskim pubie

bar the bellMiejsce: Toruń, klub studencki.
Czas: 3 rok studiów.

– Nie mogę tyle pić – powiedziałam.
– Nikt nie powiedział, że musisz mieć wyższe wykształcenie – odpowiedział kolega dopijając piwo.

No właśnie. Niby wyższe wykształcenie, niby setki wieczorów spędzonych w klubach, barach, imprezach dużych i małych…a ja o piciu wciąż wiem niewiele. Mój podział alkoholi jest raczej prosty:

Piwo – duże i małe
Wino – czerwone, różowe, białe i drogie.
Wódka – zimna i ciepła.

…I z taką oto wiedzą przyszło mi pracować w The Bell.

Odell to nie Londyn – pomyślałam. The Bell to wiejski pub a nie shishi-poshi modny klub w Soho. Klientela będzie prosta. – byłam przekonana.

Klienci myślą, że spróbowałaś wszystkiego, co sprzedajemy. – Usłyszałam pierwszego dnia. Mało tego, oni myślą że jesteś tu osobą wysoce kompetentną, i że mogą się z tobą podzielić przemyśleniami na temat piwa wyprodukowanego ostatnio w limitowanej ilości przez lokalny browar, poradzić się, który tonik polecasz do danego ginu, i czy do tej kombinacji bardziej pasuje cytryna czy limonka oraz podyskutować na temat wyższości Chardonnay nad Pinot Grigio (lub odwrotnie).

Piwo.

Każdy wie jak wygląda dobrze nalany pint (kufel piwa). Ile piwa, ile pianki, czy niedolane, czy przelane. Inaczej nalewa się ale, inaczej lagera. Jedno ze szklanką prostą, drugie ze szklanką przekrzywioną. Jak ciśnienie w beczce nie takie i piwo się źle nalało, to się piwa nie podaje. Bierze się nową szklankę i próbuje jeszcze raz. Przecież to jakieś nieporozumienie, żeby ale miało pianki więcej niż 1 cm a lager było bez pianki… Nasi klienci są jednak wyrozumiali, przynajmniej ci stali. Wiedzą kto ja jestem i dobrodusznie machają ręką na moje 2mm pianki mniej/więcej i komentują z rozbawieniem „PRAWIE idealnie”

Większość piw mamy w ofercie na stałe – 11 nalewanych i kilka butelkowych. Właścicielem pubu jest browar i to browar dostarcza nam piwa. Co tydzień dostajemy od nich jakieś inne piwo, które nie jest w ofercie na stałe. Większość klientów wie, że to piwo-gość. Piwosze proszą o nalanie odrobinę na spróbowanie i dają osąd. Przeważnie jest to osąd brutalny, bo każdy wie jak piwo powinno smakować, i że powinno smakować tak jak to, co piją zawsze a nie jak to nowe.

Wino i wino musujące

Zamawiając wino zamawia się coś bardziej konkretnego niż białe, czerwone, duże, małe. Operuje się nazwami winorośli lub miejscem pochodzenia wina. Pinot Grigio, Chardonnay, Cabernet Sauvignon, Merlot, Malbec, Shiraz etc.

Część win sprzedajemy na kieliszki, część – te droższe, tylko w butelkach. Zdarzyło mi się już kilkakrotnie, że ktoś zamówił butelkę wina, bo to sprzedawane na kieliszki nie komponowało się z zamówionym daniem czy humorem. Karta win choć wydrukowana w sposób pubowy (na zwykłej kartce A4, bez ekstrawaganckich ozdóbek) jest studiowana w sposób wnikliwy…oczywiście przez gości, bo stali bywalcy znają ją na pamięć.

Gin & tonic
club card

Sally i James (moi znajomi a zarazem prowadzący pub) są wielbicielami ginu. Mamy ich w The Bell szeroki wybór. Dokładnie 18 różnych rodzajów. Jak mawia James – to tylko mały procent tego, co oferuje rynek. Kolekcję ginów uzupełnia kolekcja toników (7 rodzajów). Kiedy wybija gin o’clock (około godziny 19, w niedziele wcześniej) przychodzą do nas klienci z kartą stałego gino-próbowacza. Na karcie wydrukowane są wszystkie nazwy oferowanych przez nas ginów. Zabawa polega na tym, że za każdym razem próbujesz innego ginu i dostajesz od pubu podpis – zaświadczenie „tak, tego ginu spróbowałeś”. Po spróbowaniu wszystkich 17 rodzajów, 18 wybierasz według własnego uznania i dostajesz go od nas w prezencie.

Giny podawane są w dużych kielichach, z lodem a następnie dekorowane/uzupełniane smakowo cytrynami, limonkami, truskawkami, mango, ogórkami, miętami…

Patrzę na to i tak sobie myślę, że u nas to jakoś tak prościej…nie tylko w wiejskich barach…

– Co dziś pijesz? Piwo, wino czy wódkę?
…i mało kogo obchodzi jakie…grunt, żeby sponiewierało:)

Opublikowano 10 tygodni w The Bell (2015) | Dodaj komentarz