Nóż na gardle, czyli jak nie odwiedziłam pewnego muzeum.

Od kiedy dowiedziałam się o istnieniu Muzeum Imigrantów w Buenos Aires, bardzo chciałam je odwiedzić. Dziś nadarzyła się okazja. Kupowałam bilet na przeprawę przez Rio de La Plata i byłam kilka cuadras* od muzeum. Było przed godziną 10 raną i jeszcze dało się żyć (od 11 do 16 ma się wrażenie, że się człowiekowi białko ścina).

Zachęcona względną rześkością powietrza, udałam się do muzeum na piechotę. Po drodze mijałam nowoczesne szklane domy, w których mieszczą się siedziby firm mocno międzynarodowych – Samsung’a, IBM’a, Bank of China. Przeszłam obok Sheratona i udałam się w kierunku dworca Retiro**. Według wytycznych ściągniętych z Internetu, Muzeum Imigrantów mieściło się po drugiej stronie Avenida Madero – 2 cuadras od Retiro. Avenida Madero jest ulicą szeroką – 4 pasy w każdym kierunku. Zadowolona, że jestem 200 metrów do celu (godzina ścinania się białka nieubłaganie nadchodziła), przeszłam przez ulicę.

Wyjeżdżając z Europy (Stanów, Kanady i kurortów w innych częściach świata urządzonych pod turystę ‘zachodniego’), człowieka zaczyna otaczać inny świat. Wszystko jest inne. Twarze są inne, kolor skóry, poczucie humoru, gestykulacja, sposób ubierania. Wyjeżdżając nie można mierzyć świata naszą miarą, bo się nic ciekawego nie doświadczy. Mierząc naszymi kategoriami, nie zaczniesz rozmawiać z ‘dresem’, brudną kobitą z piątką dzieci sprzedającą kwiaty i szczypiorek, czy bezzębnym sprzedawcą skarpetek.

Tymczasem podróżując, jeśli naprawdę chcesz poznać kraj, nie możesz otaczać się tylko expatami, turystami i lokalną klasą średnią i wyższą. Mając to na uwadze trzeba być bardzo otwartym, gotowym na nowe i przede wszystkim nie bać się inności.

I tu rodzi się problem.
Być otwartym dla początkującego podróżnika, często znaczy być naiwnym. Chcemy być uśmiechnięci szeroko do wszystkich, dobrzy, nie oceniać po pozorach itd. Doświadczony podróżnik dostał parę razy po tyłku i wie, że nie wszystko jest dobre, nie wszystkiemu można wierzyć, nie wszędzie łazić. To że masz jak najlepsze intencje nie oznacza, że inni takie mają.

W doświadczonym podróżniku rodzi się intuicja.
Doświadczony podróżnik słucha swojej intuicji.

Nie mając wyrobionego jeszcze instynktu lub ignorując go, możesz popaść w tarapaty. Jak ja kiedyś – dobre kilka lat temu – w Casablance, kiedy gość przystawił mi nóż do gardła***, zabrał pieniędze, karty kredytowe i dokumenty. Uwierzcie mi, jak się ma raz nóż na gardle, przeciętą skórę na szyi i myślało się tygodniami, czy jakiegoś wirusa egzotycznego się od tego nie złapało, to intuicja rodzi się natychmiast.

No ale wracając do muzeum.
Przeszłam przez Avenidę Madero. Chodnik był w zasadzie pusty. Jakaś dwójka bezdomnych coś zaczęła do mnie mówić. Zignorowałam ich i cieszyłam się, że nie poszli w moim kierunku. Przeszłam 20 kroków.
Intuicja podpowiedziała mi „nie idź dalej”.
Stanęłam. Obok mnie ruchliwa ulica. 150 metrów ode mnie muzeum.

Oprócz wspomnianych bezdomnych, tylko jeden człowiek. Dobrze mu patrzyło z oczu.
– Czy tu jest bezpiecznie? – zapytałam. Zadając to pytanie czułam się jak Amerykański turysta na Pradze w Warszawie.
– Słuchaj mnie! – odpowiada – Jesteś sama, widać że nie jesteś stąd, jesteś łatwym kąskiem. Nie chodź nigdzie sama, jak nie ma wokół ludzi! Wracaj na drugą stronę ulicy! Tu wydaje ci się, że nikogo nie ma ale idziesz w cieniu. Cień kryje wiele tajemnic. Idź w słońce. Muzeum jest blisko ale tu jest niebezpiecznie.

Pokornie zawróciłam i chciałam przejść na drugą (moją pierwszą) stronę ulicy. Zielone więc idę. Gość, który dał mi wykład z zasad bezpieczeństwa, krzyczy za mną: „Uważaj, tu ludzie nie zatrzymują się na czerwonym!”

Przeszłam na znaną mi stronę ulicy. Musiałam przejść przez mały skwer. Skwer był pełen ludzi. Jak się zdaje samych bezdomnych ludzi. Nie dajmy się zwariować! – pomyślałam. Nie każdego człowieka bezdomność czyni złym. Poza tym, tu musi być bezpiecznie, w końcu widzę za drzewami Sheratona i szklane wieżowce IBMa i Samsunga. Szłam dalej.

Swoją obecnością wywołałam wielkie poruszenie. Wszystkie oczy – te trzeźwe i sympatyczne, te po kilku głębszych, te po wciągnięciu kreski, te spragnione wciągnięcia kreski – wszystkie skierowane były w moim kierunku.

Intuicja nie pozwoliła iść o krok dalej (naprawdę nie zdarza się to często, żeby mi nie pozwoliła iść a już na pewno nie zdarza się często, żeby dwa razy w ciągu jednego dnia). Miałam ze sobą paszport, pieniądze, karty kredytowe i swoją głowę. Nie chciałam ich stracić.

Może innym razem…może z kimś…może od innej strony…- pomyślałam i zawróciłam w kierunku Retiro…

* cuadra (hiszp.) – odległość między przecznicami. Nie wiem jak w ładnej polszczyźnie ale na slangu to ‚kwadrat’. W Buenos Aires to 100m.
** Retiro to dworzec kolejowo/autobusowy, miejsce mojego pierwszego kontaktu z Buenos Aires….niezapomniane przeżycie, które kiedyś opiszę.
*** I po co ten nóż! Krzyknąłby, czy wykręcił rękę i oddałabym mu wszystko co miałam. Podejrzewam, że nóż jest jedyną skuteczną metodą perswazji u niego na kwadracie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje Buenos Aires i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Nóż na gardle, czyli jak nie odwiedziłam pewnego muzeum.

  1. Asiula pisze:

    no i chwała, ze zawróciła!

  2. Fisia pisze:

    Musisz koniecznie opisac ‚przypadek z Casablanki’ w szczegolach: napad z nozem przy posterunku policji, pan z maszyna do pisania na posterunku, jazda bez trzymanki suka policyjna po Casablance, zakochany pan policjant, etc.

  3. Asia123 pisze:

    To wtedy zalozylas dzienniczek ?

  4. Asia123 pisze:

    Tj. zaczął się od znajomości na posterunku? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s