Opowieści Mamy: Cena sukcesu, czyli historia o naszym wspólnym, 6-miesięcznym pobycie w Anglii.

Tytułem wstępu do opowieści Mamy
W połowie kwietnia 2010 dostałam propozycję awansu. Awans wiązał się z przeprowadzką do Anglii, do 60-tysięcznej miejscowości Aylesbury, położonej blisko Londynu. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe zadania i zupełnie inna rzeczywistość. Pracę w Anglii rozpoczęłam 1 maja. Rodzina w składzie: Mama, siostra – Agnieszka i dwóch siostrzeńców – Bruno (lat 8) i Wadim (lat 2) dojechali do mnie pod koniec sierpnia. Przed pobytem w Anglii, przez wiele lat mieszkaliśmy nie tylko w różnych mieszkaniach, ale też w różnych miastach. To jest opowieść o naszym wspólnym 6-miesięcznym pobycie w Anglii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Magda i Bruno na tle angielskiej prowizorki)

Oddaję głos Mamie:
Od dawna kiełkowała w nas myśl, jak zorganizować dłuższy wyjazd do Anglii, aby starszy wnuczek – Bruno, chodził tam do szkoły a córka – Agnieszka (jak to my mówimy) ”szlifowała” angielski. Wyjazd nie wydawał się być realny. Bruno miał 8 lat i chodził do szkoły w Polsce, Wadim 2 latka, Agnieszka pracowała w Polsce a ja byłam w trakcie walki z chorobą.

Kropla drążyła skałę, aż w końcu rozwiązanie przyszło samo. Madzia otrzymała propozycję oddelegowania do pracy właśnie do Anglii. Po podjęciu przez Madzię decyzji o przyjęciu propozycji, po naradzie rodzinnej i po przekonaniu przez Agnieszkę taty chłopców o celowości wyjazdu, postanowiliśmy, że spróbujemy.

Z dużym entuzjazmem przystąpiłyśmy do przygotowań. Po załatwieniu przez Agnieszkę wszystkich formalności związanych ze szkołą Bruna w Polsce i Anglii i z jej pracą, po zdobyciu dla mnie recept na pół roku, spakowałyśmy się w cztery wielkie torby i polecieliśmy do Anglii. Madzia widząc nas z torbami w Aylesbury, wybuchła śmiechem. Na początku było zabawnie…Przygoda.

Początki…
Licząc się z tym, że przyjedziemy w cztery osoby, Madzia wynajęła trochę większe mieszkanie niż jej było potrzebne – 3 pokoje, kuchnia, łazienka – takie nasze dawne M4.
Mieszkamy blisko pracy Madzi i szkoły Brunia. Madzia oddała nam swoją sypialnię, swoje łóżko a sama spała na kanapie w drugim pokoju. Wynajęła mieszkanie nieumeblowane i nie zdążyła go wyposażyć. Nie miałyśmy szafy na ubrania, więc ciężko się było rozpakować z naszych czterech toreb. Miałyśmy dla siebie tylko jedno łóżko i dmuchany materac. Nie miałyśmy wózka dla Wadusia, nie miałyśmy samochodu, czy choćby roweru. Do sklepu było daleko a taksówka droga.

Rozpoczęło się koczowanie…

Notatka z pamiętnika: 7 września 2010r.
Obraz mnie, Agnieszki i Wadusia wracających z centrum handlowego:
Rumunki w Polsce to mało powiedziane. Naszym środkiem transportu jest obecnie wózek dziecięcy, który dostałyśmy od mieszkającej w Londynie kuzynki. W wózku Waduś. Na rączkach od wózka po lewej stronie: plecak – małpka, z którą Waduś się nie rozstaje i zakupiona dodatkowa duża kołdra. Po prawej stronie: torba,
reklamówka z płaszczem i moja kurtka. Pod spodem wózka: duża torba ekologiczna z zakupami spożywczymi. Budkę od wózka musiałyśmy regulować co chwilę, bo co chwilę zmieniała się pogoda – raz deszcz, raz słońce. Jak padało, to trzeba było zakryć chociaż Wadusia. My byłyśmy całe przemoczone. Modliłyśmy się, aby zdążyć odebrać Bruna ze szkoły.
Ja szłam z tyłu, bo nie miałam już siły a Agnieszka z wielką torbą z Ikei, z szafą ogrodową w środku (nasze późniejsze półki), poszła po Bruna. Dobrze, że Waduś spał i nie chciał ‘cacu’ (Agnieszka karmiła go jeszcze od czasu do czasu piersią) albo tzw. ‘sola’- cukru z torebki, który dostawałyśmy w kawiarni do słodzenia…
….Polki w Anglii, którym zachciało się edukować dzieci zagranicą… Szkoda, że nie miałam aparatu fotograficznego. Mimo wielkiego zmęczenia jesteśmy zadowolone, że udało nam się kupić wiele potrzebnych rzeczy.

Angielska szkoła Bruna
Bruno chodził do klasy z trójką polskich dzieci. Mówiono nam, że dzieci w szkole mają pomoc językową. Nic podobnego. Nie było żadnej pomocy. Bruno przeżywał na początku traumę. Jego znajomość angielskiego była zbyt słaba, by rozumieć o czym mówią na lekcjach. Wiele rozmawiałyśmy z nim, aby się nie przejmował, że da radę, że jest dobry. Bardzo nam było go żal. I tak był w stosunkowo dobrej sytuacji. Obie córki – mama Agnieszka i ciocia Madzia pomagały mu w domu. Inne dzieci nie wytrzymywały, płakały, nie chciały chodzić do szkoły. Rodzice nie znali języka, nie mogli pomóc swoim dzieciom. Na wywiadówki chodziła z nimi Agnieszka, aby przekazać jakieś informacje. Agnieszka (w Polsce nauczyciel języka angielskiego) chciała jako wolontariusz pomagać Brunowi i pozostałym polskim dzieciom. Przepisy nie pozwalały. Nie miała jakiś papierów. To że jest nauczycielem z wieloletnim doświadczeniem nie wystarczyło.

Bariera językowa jest straszna. Odczuwałam ją codziennie. Prawie codziennie chodziłam z Wadusiem do klubu, gdzie dzieci, razem z opiekunami wspólnie się bawią. Nasz Waduś miał 2,5 roku i był najstarszym dzieckiem. Zajęcia trwały około trzech godzin a ja wśród dzieci i opiekunów bez znajomości języka. To były proste zabawy więc naśladowałam co robili inni. Czułam ból Brunia, który w swojej szkole nie tylko musiał naśladować ale zrozumieć polecenia i uczyć się.

Na początku z Brunem bywało różnie. Zapytany, co sądzi o wyjeździe mówił: ‘Jest fajnie. W szkole mam 2 kolegów’ albo ‘Lubię Anglię, lubię Oksford, muzeum z dinozaurami. Chcę tu kiedyś studiować’. Bywały też niestety dni, kiedy był bardzo smutny albo zdenerwowany. Chciał brać udział w lekcji i zabawach ale nie rozumiał o co chodzi. Był silny, nie płakał ale miał łzy w oczach.

Jemu było naprawdę ciężko. Oprócz materiału szkoły angielskiej przerabiał z nami w domu materiał klasy drugiej polskiej szkoły podstawowej. Chodził też do niedzielnej szkoły polskiej. Tam też się uczył ale lubił tam chodzić, bo miał kontakt z dziećmi, które bez trudu rozumiał i czuł się pewniej. No i dodatkowo przygotowania do pierwszej komunii…

Tymczasem w domu…
Z czasem wszyscy mieliśmy dość. W Polsce bardzo przyzwoite warunki mieszkaniowe, komfort, dużo miejsca, każdy ma swoje oddzielne mieszkanie…a tu…? Często pojawiała się myśl, żeby wracać. Przychodziło myślenie, czy ten wyjazd ma sens. Mogliśmy wrócić, ale co ze szkołą Bruna? Tu nieskończony semestr, w Polsce nieprzerobiony materiał.

Sytuacja zaczęła nas przerastać. Szczególnie Madzię. Ona pracowała. Miała stresującą, odpowiedzialną pracę i musiała się wysypiać. Dzieci jej nie pozwalały. Chciały się bawić, płakały, wstały rano. Madzia chodziła poirytowana.
Dla mnie najgorsze były noce. Agnieszka do późnej pory pisała na komputerze. Kiedy wchodziła do łazienki w nocy się wykąpać, drzwi skrzypiały, włączały się wentylatory, wszystkie rury grały. Wtedy ja się budziłam i noc miałam z głowy. Brałam wtedy środki nasenne, po których rano byłam nieprzytomna.
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Zabrałam koce, poduszkę i wymościłam sobie wannę aby tam spróbować zasnąć. Rano Madzia weszła do łazienki i mało nie dostała zapaści. Ja po tabletce spałam w wannie jak zabita. Pozycja w jakiej leżałam w wannie spowodowała ból chorej ręki. Modliłam się, żeby mi się nie zebrała chłonka, bo to mogło spowodować nieodwracalne spuchniecie ręki (ciągły strach po przebytej chorobie). Na szczęście ręka nie spuchła. Kości rozprostowałam i obiecałam, że w wannie już spać nigdy nie będę. Dobrze, że dzieci nie weszły rano pierwsze do łazienki…

Napięta atmosfera utrzymywała się przez jakiś czas ale im bliżej terminu powrotu, tym było nam wszystkim łatwiej.

Bruno coraz więcej rozumiał z tego, co się dzieje w szkole i to nas bardzo cieszyło. Nauczyciele mówili nam, że dzieci po pół roku znają język na tyle, że mogą się porozumiewać. I tak się stawało. Zajął pierwsze miejsce w konkursie matematycznym wśród klas czwartych. Miał coraz więcej kolegów i koleżanek. Chodził do klubu piłkarskiego, na basen. Waduś chodził do biblioteki, gdzie uczył się pląsów, do klubu malucha. Znał już coraz więcej piosenek i wprowadzał angielskie słowa do swojego dziecinnego języka.

Agnieszka skończyła kurs nauki matematyki małych dzieci, dostała pracę, zdobywała doświadczenie w prowadzeniu dokumentacji firmy i realizowała swoje marzenie o daniu dziecku możliwości nauki języka w naturalnych warunkach. Sama odświeżyła swój warsztat potrzebny jej do pracy jako nauczyciel języka angielskiego.

Madzia pracowała i w międzyczasie robiła studia podyplomowe w Oksfordzie. Chociaż czasem się denerwowała na porozwalane kredki czy cukierki na łóżku, doceniała fakt, że z nią jesteśmy, że ma z kim pogadać, że ją przytulaliśmy jak było jej trudno w pracy i jak miała cieplutki obiad czekający na nią po pracy czy szkole.

Z czasem dorobiliśmy się nowego, porządnego, drugiego materaca, zdobyłyśmy przyzwoity wózek (ten od kuzynki się rozleciał, bo nie był używany zgodnie z przeznaczeniem). Odwiedził nas zięć. Agnieszka przyprowadziła z Polski samochód. Codzienne zakupy nie były problemem a stały się przyjemnością, zaczęliśmy podróżować po Anglii, odwiedzać nowe miejsca, znajomych.

Po powrocie…
Bruno wrócił do swojej szkoły w Polsce. Nadrobił zaległości, poszedł razem ze swoja klasą do komunii. Teraz startuje w konkursach z języka angielskiego, w których zajmuje czołowe miejsca. W czasie wspólnych podróży jest moim przewodnikiem – tłumaczem.

Waduś nauczył się podstawowych słówek i teraz bardzo lubi angielski w przedszkolu. Po jakimś czasie pojechaliśmy odwiedzić Madzię do Anglii. Poszłam z nim na spacer. Mówił mi ‘ja tu byłem’. Pamięta jak chodził do klubu i w co się tam bawił. Pamięta powtarzane przez nas pląsy.

A ja? Ja spełniłam się jako babcia w trudnych warunkach. Pomogłam jak potrafiłam wnukom i córkom i czuję się przez to szczęśliwa.

Opisane fakty to tylko niektóre blaski i cienie naszego pobytu. Dzisiaj na pytanie, czy warto było, odpowiem – tak warto było. Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Tak, ale myślę, że inaczej byśmy to zorganizowały, szczególnie pod względem lokalowym.

Ludzie wyjeżdżają i opowiadają jak w Anglii jest dobrze, jak łatwo o pracę, jaka super opieka socjalna itp. Na wszystko trzeba patrzeć z przymrużeniem oka i brać co inni mówią pod poprawkę. My miałybyśmy ułatwioną sytuację, bo miałyśmy gdzie mieszkać, bo priorytetem nie była praca tylko nauka języka i poznawanie kraju. Życie na emigracji nie jest proste nawet w tak ułatwionej sytuacji. To duże wyzwanie organizacyjne i emocjonalne.

Dzisiaj często śmiejemy się z rozwalającego się wózka, z szafy ogrodowej zamiast półek, z kredek wypranych z koszulami Madzi, z ubrań w szafkach kuchennych, z tego że spałam w wannie.

Trudy minęły a w głowach zostały dobre wspomnienia. Teraz każda 5 czy 6 Bruna z angielskiego cieszy potrójnie…bo to nasz wspólny sukces.

W opwieści wystąpili:
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Bruno przed Halloween)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Wadim na tle mnie w barłogu)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Magda i Agnieszka w siostrzanym wypadzie do Kornwalii)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(no i Ja. Wigilia 2010)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Tymczasem Mama... i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Opowieści Mamy: Cena sukcesu, czyli historia o naszym wspólnym, 6-miesięcznym pobycie w Anglii.

  1. Agnieszka pisze:

    Piękna historia 🙂 Fajne wspomnienia. Przy okazji dziękuję Mamie i Siostrze za pomoc w zrealizowaniu tego przedsięwzięcia. Jedziemy jeszcze raz? 😉

    • Kijkowna pisze:

      Chyba muszę najpierw pracę dostać > żeby dostać awans > żebyście mogli przyjechać:) Czas ucieka. Waduś już niedługo będzie w wieku Bruna jak ten był w Anglii…Muszę się spiąć:)

  2. Brakowało mi tej historii bo przez jakiś czas po wyjeździe Magdy do Anglii wszyscy się zastanawiali gdzie przepadła. Nie utrzymywała z nami kontaktu…

    • Kijkowna pisze:

      Magda wie i bardzo ale to bardzo przeprasza. Bycie zajętym w ogóle mnie nie usprawiedliwia. Całe szczęście mam przyjaciół, którzy potrafią wybaczyć i wciąż są ze mną:)

  3. Asiula pisze:

    Kurde …

  4. A ja wlasnie wtedy poznalam Ciebie, Krysie, Agnieszke i Twoich siostrzencow. Pozdrawiam wszystkich. Choc nasze drogi zeszly sie na bardzo krotko milo wspominam tych kilka spotkan. A dzieki FB i Twoim wpisom na tym blogu nadal jestesmy w kontakcie.Troche zazdroszcze Ci odwagi na porzucenie stabilizacji zycia i wybranie „nowej, innej drogi zycia”…. Super przygoda, korzystaj ze wszystkiego i realizuj swoje marzenia, a my wszyscy chetnie czekamy na kolejne twoje wpisy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s