Powrót

Długo…oj długo mnie tu nie było…

W maju zeszłego (2014) roku wróciłam do Polski. Po miesiącu znalazłam pracę, przeprowadziłam się do Warszawy i pół-ochoczo zamieszkałam na Ursynowie. Po kolejnym miesiącu rzeczywistość mnie przybiła… 8-12 godzinek w pracy, dojazd do Mordoru na Domaniewskiej*, przyjazd z Mordoru do domu…jakoś nie znalazłam energii na pisanie.

Byłam w międzyczasie na wakacjach w Argentynie, ale mając 3 tygodnie wolnego, nie wiedziałam co robić..czy spać, czy tańczyć, czy pić, czy nie pić, czy patrzeć na góry, czy iść dalej i znaleźć nowe góry…słowem, za dużo szczęścia na raz i znów blogowa niemoc.

Po 10 miesiącach pracy w agencji-reklamowej-o-światowej-renomie zostałam zeń wyrzucona. Oddałam grzecznie komputerek, telefonik, wejścióweczkę i poszłam do domu.

Pierwszy wieczór – piątek, spędziłam płacząc. Nie, nie było mi żal. Sama chciałam skończyć tę mordęgę. Płakałam, bo ktoś mi powiedział, że się do pracy w agencji-reklamowej-o-światowej-renomie nie nadaję. Po latach awansów, sukcesów, gratulacji, „nie nadajesz się”, mocno zabolało.

W sobotę woda z oczu przestała lecieć a uśmiech się wyprostował. Zjadłam śniadanie, które jeszcze lekko stanęło w gardle, napiłam się kawy, która jeszcze nie miała smaku i pomyślałam, że trzeba pomyśleć co dalej. Pomyślałam, ale nie wymyśliłam.

W niedzielę wieczorkiem zaczęło przechodzić mi przez głowę, że coś ze mną jest nie tak. Oto ja…wyrzucona z roboty za „nie nadajesz się”, z nic-nie-wymyśleniem-co-robić-dalej, z bezrobotnym Argentyńczykiem w domu…jestem cała szczęśliwa. A przecież powinnam płakać nad swoim losem…

W poniedziałek obudziłam się pełna energii. Przygotowałam śniadanie. Zrobiłam kawę. Udekorowałam stół żonkilami, które kupiłam na bazarku. Jedliśmy, piliśmy, rozmawialiśmy przez czas jakiś. Jak długo? Nie wiem, bo nie musieliśmy niczego kończyć z zegarkiem w ręku.

Jakoś to będzie – pomyślałam.

I jest.

Trzy miesiące później wciąż żyję i wciąż jestem szczęśliwa. Piszę do Was siedząc na parapecie okna mojego pokoju, nad wiejskim, XVIII-wiecznym, angielskim pubem. Piszę do Was ze wsi z 30 domami (góra!), gdzie autobus przejeżdża dwa razy dziennie. Dachy pokryte słomą, małe, urokliwe ogródki, rzeczka, dwa jeziora, krowy, owce, konie i … o dziwo słońce.

Rozpoczynam moje 10 tygodni w The Bell:)

The Bell
The Bell. Ostatnie okno po lewej stronie, to moje okno.

Parapet
Parapecik.

IMG_2254
I żeby nie było, High Street też jest:)!

*Mordor na Domaniewskiej – pieszczotliwa nazwa zespołu biurowców mieszczących się na ulicy Domaniewskiej w Warszawie. Kto pracował w Mordorze, ten zna klimat, kto nie miał „przyjemności”, polecam Mordor na Domaniewskiej

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii 10 tygodni w The Bell (2015). Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s