Rozmowy ciała z mózgiem

Muszę przyznać, że jestem wielkim fanem pracy fizycznej. Uważam, że każdy pracujący mózgiem powinien od czasu do czasu ten mózg wyłączyć, wziąć łopatę, pędzel, kosiarkę, czy inną szmatę i się porządnie zmęczyć.

Taka prostota.
Wstajesz, męczysz się, padasz, śpisz jak dziecko. Ciało poruszało się, dotleniło. Krew płynie. Zdrowy rumieniec na twarzy. Mózg śpi sobie, reagując tylko na podstawowe bodźce: Gorąco…Zimno…Blisko…Daleko…Czerwone…Białe..Duże…Małe…
Mózg nie tworzy planów, nie myśli do przodu, nie chce niczego zmieniać. Mózg jest na urlopie i w nosie ma ulepszanie świata. Wybija godzina i fajrant. Nie trzeba układać w głowie jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, co zrobisz najpierw, co potem, jak podejść do tego, czy tamtego tematu, z kim zagadać o tym, czy o tamtym. Nie…Koniec pracy, koniec myślenia o pracy*

Co innego praca umysłowa…

Godzina 22.
Ciało chce spać ale mózg mówi: co Ty stary, ja dopiero się budzę!
– Zrobimy to, zrobimy tamto! To jest ciekawe, tamto jest ciekawe! – myśli mózg. Lepiej zacznę to wszystko zapisywać i odpala komputer.
– Daj pospać! – błaga ciało mózg. Boli mnie wszystko, w głowie mi dudni, oczy mi wypływają, kark mam sztywny. Muszę to wszystko powyłączać chociaż na kilka godzin.
– Przynudzasz ciało – mówi mózg. Mówię Ci, Word to za mało…policzmy to w Excelu, zróbmy prezentację. O! Wstawmy jakieś statystyki! Internet! Statystyki! Poczytajmy! Ale się rozbudziłem!

Godzina 2 w nocy.
– Mózg! Do cholery! – ciało nie wytrzymuje. Wyłącz ten komputer w tej chwili. Wyłącz światło. Całe się trzęsę od tych Twoich nocnych szaleństw. Jeśli tak dalej pójdzie to włączę status „przemęczenie”, „wypalenie” albo „depresja”!
– OK ciało – mózg niezadowolony wyłącza komputer. Niech ci będzie. Odpocznij trochę. Ja tu cicho posiedzę.

Godzina 4 w nocy.
– Aaaaaaaaaa!!!!!!!!! – mózg wyrywa krzykiem ciało ze snu.
– Co się stało?! – pyta przerażone ciało!
– Prezentacja!!! Jutro!!! Przyjeżdżają!!!! W co ja się ubiorę!!!! Samochód brudny!!!! Muszę odpisać!!!! Muszę zapłacić rachunki!!!! Muszę!!!! Co z moją przyszłością!!!! Emerytura!!! – krzyczy przerażony mózg.
– Jezu mózg, uspokój się! Myślałem, że coś się stało! Budzisz mnie w środku nocy, jakby jakaś wojna wybuchła albo dziki zwierz nas zaatakował! Wyluzuj!
– Ciało proszę cię, wstań i zanotuj wszystko co muszę zrobić jutro. Nie dam rady bez tego zasnąć – błaga mózg.
– OK. Nie pamiętasz gdzie położyliśmy długopis? – pyta ciało.
– Musisz wstać i iść do torebki! Poszukaj w torebce! Tam gdzieś jest, tylko nie wiem czy pisze! Jezu, co ja zrobię? – odpowiada rozdygotany mózg.

7 rano
Mózg, wstawaj! – mówi ciało.
Mózg nie słyszy. Mózg śpi.
Mózg coś tam kiedyś zarządził, wstawił ciału w zakres obowiązków, że rano ma wstać, wziąć prysznic, umyć zęby, ubrać się i wyjść do pracy. Ciało zapamiętało i robi wszystko automatycznie. Ciało nie jest jednak zadowolone. Chce spać. Bardzo chce spać.

Wstawaj mózg – mówi ciało. W pracy jesteś!
Daj mi spokój ciało! Do późna myślałem! – odpowiada mózg ziewając.
Twoja lista ze sprawami na dzisiaj, pamiętasz? – pyta ciało.
Potem się tym zajmę, teraz muszę pospać – odpowiada mózg.

Ludzie patrzą, obowiązki wzywają, terminy uciekają. Umęczone i zdesperowane ciało aplikuje:
Pierwsza kawa…
Druga kawa…
Trzecia kawa…

Pracuję fizycznie 2 tydzień.
Wczoraj miałam dzień wolny.
Na dworze było piękne lato. Ciepło, słonecznie, zielono. Już miałam iść na spacer, kiedy nagle usłyszałam szept mózgu:
– Włącz mnie proszę na chwilę. Nie zajmę długo, obiecuję.

Mózg, masz godzinę! – powiedziałam stając w obronie ciała.
Mózg uradował się bardzo i wziął się do pracy. Nie poproszony o to, w godzinę stworzył tabelkę z planem marketingowym dla pubu na wakacje. Korciło go żeby włączyć PowerPointa ale czas mu minął…

*Na początku nie wiedziałam jak się w tym odnaleźć.
Jeszcze nie jestem zmęczona – mówiłam. Może jeszcze coś zrobię?
I nie że chciałam pracować dłużej żeby zarobić więcej. Nawet mi to przez głowę nie przeszło. Chciałam pracować, bo nie byłam zmęczona.
Jestem przyzwyczajona, że zarabia się tyle samo niezależnie od tego, ile godzin się przepracowało. Trzeba siedzieć dłużej o 3-4 godzinki, to się siedzi. Trzeba popracować w sobotę, czy niedzielę, to się pracuje. Trzeba coś przygotować na jutro rano? To się pracuje w nocy.
Jak każdemu przyzwyczajonemu do systemu, nie przyszło mi do głowy żeby narzekać. Jak każdemu przyzwyczajonemu do systemu nie przyszło mi do głowy żeby poprosić o dzień wolnego, bo pracowałam dłużej kilka dni pod rząd. Nie…Tak zwany „elastyczny czas pracy” nie oznacza, że możemy pracować jednego dnia 10 i z tego tytułu drugiego dnia możemy pracować godzin 6. Elastyczny czas pracy oznacza, że pracujemy minimum 8 godzin dziennie i dostajemy za to ustaloną miesięcznie pensję.

Opublikowano 10 tygodni w The Bell (2015), Przemyślenia ogólne | 1 komentarz

(Prawie) krwawa historia, czyli o tym jak poznałam Tajemniczą Kobietę.

Dzwoneczek* jest pubem z historią długą. Jak mówią stare księgi, Dzwoneczek stał tu już w 1737 roku.

Stare puby są wyjątkowo urocze: krzywe drzwi, krzywe okna, krzywe ściany z kilkoma widocznymi warstwami farby, brak wyraźnych kątów w kątach, falista (żeby nie powiedzieć zapadająca się) podłoga…i wszystko skrzypi. Są stryszki, piwniczki, drzwiczki do nie wiadomo gdzie i okienka nie wiadomo po co.

Nie pub jednak miał się stać bohaterem mojego pierwszego wpisu o życiu w Dzwoneczku.

Pierwszy wpis chciałabym zadedykować pewnej Damie, która od pierwszego dnia mojego pobytu, usilnie próbuje zwrócić na siebie uwagę.

Dzisiejszy wpis dedykuję Mary.

Mary nie mówi, Mary nie chodzi, Mary nawet nie żyje, ale Mary jest…Mary jest duchem. Dziś zostałyśmy sobie nieoficjalnie przedstawione.

Skąd wiem, że Mary ma na imię Mary?

Nie wiem…ale stwierdziłam, że skoro „żyjemy” pod jednym dachem, to jakoś muszę się do niej zwracać**.

Skąd wiem, że Mary jest kobietą?

To akurat wiem, bo widziałam jej zdjęcie z czasów jak była młoda i piękna …. i żyła.

Jak się dowiedziałam o istnieniu Mary?

Mary „pojawiła” się w moim życiu już drugiego dnia po przyjeździe do Dzwoneczka. Jeszcze o niej nic nie wiedziałam a już czułam efekty jej bytności. Moje rzeczy zaczęły zmieniać swoje miejsca położenia. Byłam pewna, że położyłam coś w jednym miejscu a potem znajdowałam to coś w innym. Przez kilka dni zrzucałam to na moją selektywną pamięć.

Wczoraj, tuż koło mnie, spadł nóż…duży i ostry…PRAWIE wbijając mi się w śródstopie.

Hmmm…dziwne, że tak spadł sam z siebie. Jakoś tak spadł niezgodnie ze znanymi mi prawami fizyki – zarejestrowałam.

Dziś, będąc w kuchni, spadł obok mnie cały kontener z długimi i ostrymi nożami, z wielgaśnymi łychami i innym żelastwem. Nikt szafki na której stał kontener nie ruszał, nikt niechcący niczego nie potrącił. Kontener jak stał, tak się przewrócił, wysypując swoją zawartość PRAWIE na moją głowę.

– Jak to się stało?! – pomyślałam lekko przestraszona i odwróciłam się do koleżanek w poszukiwaniu odpowiedzi. Una i Rachel (koleżanki z pracy) patrzyły na mnie z otwartymi ustami.

Słyszałaś już o Tajemniczej Kobiecie, Magda? – spytała Una. Idź do kominkowego i przeczytaj.

Poszłam. Obok kominka znalazłam tę oto tablicę

Bez tytułu

Tłumaczenie: Kilka pokoleń właścicieli lokalu oraz ich rodziny opowiadały o dziwnych „zjawiskach”, które mały miejsce w tym domu, w szczególności w pokoju kominkowym. Chociaż nigdy nie przybrała konkretnego kształtu, zjawiska te – znikanie rzeczy (a następnie odnajdywanie), zakłócanie prac wyposażenia piwnicy oraz uczucie spychania na bok na schodach prowadzących na górę, są przypisywane kobiecie. Podczas renowacji kominka, wypadło zeń zdjęcie przedstawiające kobietę – czyżby ta kobieta była odpowiedzialna za wszystkie te figle?

No to pięknie – pomyślałam.

Nie dość, że mamy skrzypiące drzwi, okna, podłogi, że mamy warstwy na ścianach, piwniczki, stryszki, drzwiczki do nie wiadomo gdzie i okienka nie wiadomo po co, które już same w sobie tworzą ostrzącą wyobraźnię atmosferę, to jeszcze do tego mamy DUCHA… I to ducha, który wyraźnie próbuje zwrócić na siebie uwagę…do tego stopnia wyraźnie, że mam wrażenie, że chce mnie zabić.

Zajęło mi to chwilę ale w końcu ochłonęłam.

Mieszkając w starym pubie nie należy oczekiwać, że wszystkie poprzednie pokolenia spakowały swoje dusze i wyniosły się w zaświaty. Mary akurat postanowiła zostać i być może nie powinno mnie to dziwić. Ponadto – wydedukowałam, jeśli Mary chciałaby mnie zabić, to by mnie zabiła. Te noże nie musiały przecież spadać OBOK mnie…

Mary nie chce mnie zabić…Mary chce zaznaczyć swoją obecność i pokazać kto tu rządzi.

Mając tę pozytywną konkluzję w głowie, chciałabym przywitać się oficjalnie z Mary, uznać jej bytność i zaproponować pewien pakt.

Nie wiem za bardzo jak rozmawiać z duchami a tym bardziej nie wiem jak postępować w przypadku zawierania z nimi paktów. Nigdy dotąd nie miałam przyjemności. Wychodzę jednak z prostego założenia, że jak coś jest napisane i przy świadkach, to ma to wartość zarówno dla ludzi jak i dla duchów.

A zatem…

Witaj Mary,

Mam nadzieję, że Ci bardzo nie przeszkadzam. Wiem, że to Twój dom a ja tu jestem tylko gościem. Postaram się ten fakt uszanować. Możesz przenosić moje rzeczy, jeśli Cię to śmieszy. I tak je jakoś znajdę…Możesz przepychać się ze mną na schodach, jeśli Ci śpieszno. Jakoś się na górę dodrepczę.

Proszę Cię w zamian o dwie rzeczy.

Po pierwsze, nie strasz mnie po nocach, bo mimo chęci zaprzyjaźnienia się z Tobą, jesteś duchem a ja się duchów boję, szczególnie w nocy.

Po drugie, proszę nie rzucaj już we mnie nożami. Są ostre i możesz przez pomyłkę we mnie trafić…a mi się do Twojego świata aż tak bardzo nie spieszy.

Z wyrazami najgłębszego szacunku,

Magda

PS. Ładne zdjęcie Mary 😉

IMG_2365

* Pozwalam sobie na przetłumaczenie i zdrobnienie nazwy „The Bell”. Łatwiej mi pójdzie później z odmianą.

**Mary…wybacz mi, jeśli nie masz na imię Mary a szczególnie mi wybacz, jeśli z jakiś powodów imienia tego nie lubisz.

Opublikowano 10 tygodni w The Bell (2015) | Dodaj komentarz

Powrót

Długo…oj długo mnie tu nie było…

W maju zeszłego (2014) roku wróciłam do Polski. Po miesiącu znalazłam pracę, przeprowadziłam się do Warszawy i pół-ochoczo zamieszkałam na Ursynowie. Po kolejnym miesiącu rzeczywistość mnie przybiła… 8-12 godzinek w pracy, dojazd do Mordoru na Domaniewskiej*, przyjazd z Mordoru do domu…jakoś nie znalazłam energii na pisanie.

Byłam w międzyczasie na wakacjach w Argentynie, ale mając 3 tygodnie wolnego, nie wiedziałam co robić..czy spać, czy tańczyć, czy pić, czy nie pić, czy patrzeć na góry, czy iść dalej i znaleźć nowe góry…słowem, za dużo szczęścia na raz i znów blogowa niemoc.

Po 10 miesiącach pracy w agencji-reklamowej-o-światowej-renomie zostałam zeń wyrzucona. Oddałam grzecznie komputerek, telefonik, wejścióweczkę i poszłam do domu.

Pierwszy wieczór – piątek, spędziłam płacząc. Nie, nie było mi żal. Sama chciałam skończyć tę mordęgę. Płakałam, bo ktoś mi powiedział, że się do pracy w agencji-reklamowej-o-światowej-renomie nie nadaję. Po latach awansów, sukcesów, gratulacji, „nie nadajesz się”, mocno zabolało.

W sobotę woda z oczu przestała lecieć a uśmiech się wyprostował. Zjadłam śniadanie, które jeszcze lekko stanęło w gardle, napiłam się kawy, która jeszcze nie miała smaku i pomyślałam, że trzeba pomyśleć co dalej. Pomyślałam, ale nie wymyśliłam.

W niedzielę wieczorkiem zaczęło przechodzić mi przez głowę, że coś ze mną jest nie tak. Oto ja…wyrzucona z roboty za „nie nadajesz się”, z nic-nie-wymyśleniem-co-robić-dalej, z bezrobotnym Argentyńczykiem w domu…jestem cała szczęśliwa. A przecież powinnam płakać nad swoim losem…

W poniedziałek obudziłam się pełna energii. Przygotowałam śniadanie. Zrobiłam kawę. Udekorowałam stół żonkilami, które kupiłam na bazarku. Jedliśmy, piliśmy, rozmawialiśmy przez czas jakiś. Jak długo? Nie wiem, bo nie musieliśmy niczego kończyć z zegarkiem w ręku.

Jakoś to będzie – pomyślałam.

I jest.

Trzy miesiące później wciąż żyję i wciąż jestem szczęśliwa. Piszę do Was siedząc na parapecie okna mojego pokoju, nad wiejskim, XVIII-wiecznym, angielskim pubem. Piszę do Was ze wsi z 30 domami (góra!), gdzie autobus przejeżdża dwa razy dziennie. Dachy pokryte słomą, małe, urokliwe ogródki, rzeczka, dwa jeziora, krowy, owce, konie i … o dziwo słońce.

Rozpoczynam moje 10 tygodni w The Bell:)

The Bell
The Bell. Ostatnie okno po lewej stronie, to moje okno.

Parapet
Parapecik.

IMG_2254
I żeby nie było, High Street też jest:)!

*Mordor na Domaniewskiej – pieszczotliwa nazwa zespołu biurowców mieszczących się na ulicy Domaniewskiej w Warszawie. Kto pracował w Mordorze, ten zna klimat, kto nie miał „przyjemności”, polecam Mordor na Domaniewskiej

Opublikowano 10 tygodni w The Bell (2015) | Dodaj komentarz

Koniec języka za przewodnika, czyli poruszanie się komunikacją miejską po Buenos Aires.

Subte_Boliviar
(Subte – metro w Buenos Aires)

Najpierw wybierasz metro – Subte.

Metrem zawsze szybciej – myślisz.
W końcu w każdym mieście lepiej poruszać się metrem – bo pod ziemią, bo bez korków.
Metrem zawsze prościej – myślisz.
Są mapki, są kierunkowskazy. Trudno się zgubić.

Idziesz zatem na stację metra…
I co? I stacja zamknięta….
I nie wiadomo czemu zamknięta. Nigdy nie wiadomo czemu. Zamknięta i tyle.
Kiedy otworzą?
Jak otworzą to otworzą…nie wcześniej, nie później. Najwyraźniej coś się stało i ekipa zajęta jest rozwiązywaniem problemu a nie komunikacją z pasażerami.

Reakcja ludzi na zamkniętą stację jest zgoła inna niż w Polsce.
W Polsce dostałoby się radnym, premierowi, prezydentowi, Kościołowi, Owsiakowi, Ruskim, Amerykanom – do wyboru, o koloru. Tymczasem w Buenos Aires jest to powód do miłych pogaduszek a nerwy są niezrozumiałe. Gdyby człowiek miał się denerwować każdym zamknięciem metra, to by posiwiał w wieku młodzieńczym.

Hiszpański przydaje się po raz pierwszy.
Dopytujesz jak dojechać autobusem do miejsca przeznaczenia. Wszyscy chętnie podpowiadają, nawet wskazują drogę na przystanek.

No właśnie przystanek…
Czasem jest to przystanek w pełnym tego słowa znaczeniu – tzn. wiesz bez żadnych wątpliwości, że jesteś na przystanku. Jest ławeczka, jest daszek, jest numerek autobusu – taka poczekalnia na otwartym powietrzu. Wygląda nowocześnie.

Czasem nie jest to takie proste… Przystanek może być oznaczony jedynie małą blaszką z numerkiem przyczepioną drutem do drzewa. Czasem blaszkę widać a czasem nie. Czasem widać blaszkę ale nie widać numerka.

Hiszpański przydaje się po raz drugi.

Dopytujesz, czy ta blaszka – tu, na tym drzewie, oznacza przystanek autobusu, który Cię interesuje. Wszyscy chętnie odpowiada…jak wiedzą…a jak nie wiedzą, to spytają w Twoim imieniu kogoś innego.

Czekasz zatem na przystanku. Rozkładu nie ma nawet na najbardziej nowoczesnych przystankach. Nie ma nie dlatego, że ktoś ukradł, czy się zmoczył i odpadł.
Nie ma, bo nie ma z założenia. Nigdy nie było. Autobus będzie wtedy kiedy będzie… nie wcześniej, nie później. Jak często jeździ, też się nie dowiesz. Trzeba trenować cierpliwość.

Zatem czekasz…
10 minut…
20 minut…
W końcu nie wytrzymujesz…

Hiszpański przydaje się po raz trzeci.
Pytasz (jeśli jest kogo), kiedy możesz spodziewać się autobusu.
Nikt nie wie ale wszyscy chętnie z Tobą porozmawiają. Dopytają o kraj pochodzenia, imię, stan cywilny itd.

Po kolejnych 10 minutach przyjeżdża Twój autobus…
Nie jeden ale dwa..a czasem i trzy. Zawsze jeżdżą w towarzystwie. Najwyraźniej nudno jest jeździć w pojedynkę.
Zadowolony wchodzisz do autobusu.

Buenos_Aires_-_Colectivo_37_-_120212_121449
(Colectivos – autobusy w Buenos Aires)

Hiszpański przydaje się po raz czwarty.

O cenie biletu decyduje kierowca. Wchodząc mówisz, gdzie chcesz dojechać a kierowca podaje kwotę, którą musisz zapłacić. Trafisz na uczciwego kierowcę, uczciwie poda obowiązującą stawkę. Trafisz na nieuczciwego, poda stawkę wyższą.
– Czemu drożej? – pytasz
– Dopłata za serwis – opowiada.

Co znaczy dopłata za serwis? – dziwisz się. Przecież bilet bez dopłaty jest opłatą za serwis! Nie wnikasz w szczegóły, bo Cię wchodzący do autobusu tłum wgniata w skrzynię biegów.

Dobrze. Zapłaciłeś i zadowolony z siebie jedziesz…
Twoje błogie szczęście nie trwa długo…

Przejeżdżasz trzy przecznice….
I co? Ulica zamknięta…
Strajk? Wypadek? Koklusz.? Trzęsienie ziemi?
Nie wiesz…nigdy nie wiesz…ale autobus stoi.

Kierowca najpierw nie reaguje. Czyta smsy, obdzwania znajomych i rodzinę. Słyszysz jak krzyczy do słuchawki, że kocha swoją dziewczynę, że fajnie było na ostatniej randce, że nie lubi jej koleżanki…
Kierowca nie jest jedyny, którego słyszysz. Każdy wyciąga telefon i gdzieś dzwoni. I tak dowiadujesz się, co dziewczyna w czerwonej bluzce będzie miła na obiad, dlaczego pana w garniturze boli kolano i z jakiej rewelacyjnej promocji na kurczaka skorzystała pani w żółtym wdzianku.

Po pół godziny i po załatwieniu wszystkich ważnych spraw, poirytowany kierowca bierze sprawy w swoje ręce i wybiera inną drogę. Autobus zamiast jechać po swojej trasie, jedzie dwie albo i cztery przecznice dalej.

Hiszpański przydaje się po raz piąty.
Musisz dowiedzieć się, gdzie wysiąść…odnaleźć się w nowej sytuacji. I to szybko!
Do zatrzymania autobusu służy przycisk. Jeśli nie naciśniesz w porę i jeśli nikogo nie ma na przystanku, autobus się nie zatrzyma. W ogóle jest ciężko, jeśli nie ma ludzi na przystanku. Autobusy zatrzymują się wtedy na sekundę albo zmniejszają prędkość nie zatrzymując się wcale. Jest prawo, które mówi, że kierowca może otworzyć drzwi, gdy zmniejszy prędkość do 15 km na godzinę…i tak robi. Rezultat? Autobus opuszcza się nie wychodząc z niego ale wyskakując.

Opcja alternatywna – taksówka.

Możesz oczywiście nie wybrać metra i autobusu i skorzystać z taksówki. Kosztuje około 10 razy więcej. Jeśli myślisz, że tu się obejdziesz bez hiszpańskiego, to jesteś w błędzie…szczególnie, jeśli jest korek.
Jeśli jesteś płci męskiej, to czekają Cię rozmowy o ostatnim meczu Boca vs. River.
Jeśli jesteś płci żeńskiej, zapewne ominą Cię wspomnienia o ostatnich golach, ale za to będziesz zaproszona na kawę, wino, ciastko, a nawet cały obiad. Może się zdarzyć (pamiętacie Susie? – jej się tak zdarzyło!), że kierowca wyjmie z bagażnika szampana i zacznie zapraszać do domu…

Hiszpański przyda się, cokolwiek zdecydujesz w kwestii szampana…

Zjęcia:

Opublikowano Argentyna, BA -uwagi praktyczne, Moje Buenos Aires | Otagowano , , | 1 komentarz

O tym, jak kot Oluś pojedzie do Stanów

zdjęcie (2)

Buenos Aires, Poniedziałek, 7 kwietnia 2014, godzina 17.20
Wiadomość na Skype’ie od Kasi: Jedziemy do Stanów! Eren dostał pracę!
Taką wiadomość dostałam dziś od moich przyjaciół – Kasi i Erena.

Był rok 2007..
Procowałyśmy z Kasią w jednej firmie.
Poznałyśmy się dzięki pracy. I w pracy się zaprzyjaźniłyśmy. Kasia po 6 miesiącach w Indiach, ja po roku na Tajwanie…Miałyśmy sporo wspólnego. Przede wszystkim to, że kochałyśmy podróże. Przyjaźń narodziła się szybko. Szybko też powstał plan na wspólny wyjazd. Miałyśmy jechać na Kaukaz.
I wtedy wojska rosyjskie weszły do Gruzji…

Weszłam do Kasi do biura i mówię:
Wojna w Gruzji, nie możemy jechać. Musimy jechać w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Popatrzyłam na mapę, która wisiała u Kasi w biurze i mówię:
Może Turcja?

Jeszcze tego samego dnia miałyśmy kupiony bilet do Stambułu a miesiąc później wylądowałyśmy na Taksimie.

Znajomy znajomej miał nas oprowadzić po Stambule. Nie mógł…ale polecił znajomego…Erena – muzyka z Turcji.

I tak się wszystko między nimi zaczęło…

Trzy lata trwał ich związek na odległość. Kasia w Warszawie, Eren w Stambule. Wszyscy mówili: Nie wyjdzie, nie wyjdzie. Związki na odległość nie wychodzą.

Trzy lata później zdecydowali, że Kasia zostawi pracę i karierę w Polsce i pojedzie żyć do Stambułu. Wszyscy mówili: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Z muzykiem? Bycie muzykiem to żaden zawód, nie dacie rady się utrzymać.

Kasia zanim pojechała do Stambułu, przyjechała do mnie do Londynu na kilka dni. Chodziłyśmy po Covent Garden. Zadzwonił Eren, mówiąc: Kasia, mam dla nas mieszkanie! Wysłał zdjęcia na moją komórkę. Oglądałyśmy je z wielką ekscytacją.

Pojechała. Oglądali po raz pierwszy mieszkanie…to właśnie wtedy Eren oświadczył się Kasi. Wszyscy mówili: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Z Turkiem…Gdzie z Turkiem? W piwnicy będzie Cię trzymał! Burkę będziesz nosić!

Potem był przepiękny ślub. Zjechała się rodzina i przyjaciele. Ceremonia i wesele odbyły się na statku. Płynęliśmy po Bosforze. Ja byłam świadkową a świadkiem przyjaciel Erena.

Od początku mieli plan wyjazdu do Stanów. Eren mieszkał w Stanach przez wiele lat i bardzo chciał tam wrócić. Nie było to jednak takie proste…

Pierwszy rok Kasia nie pracowała…uczyła się tureckiego. Eren pracował. Praca nie była stabilna ale brał wszystko, co mógł, żeby utrzymać siebie i Kasię. Rodzice pomagali im jak mogli.

W drugim roku Kasia poszła do pracy i przejęła obowiązki utrzymania siebie i Erena. Eren przestał pracować i skupił się nad swoim portfolio. Eren nie tylko gra ale też komponuje. Portfolio było potrzebne do złożenia aplikacji na studia doktoranckie do Stanów…Stany były ich marzeniem.

Zaczął się trzeci rok. Luty. Portfolio gotowe. Wydali wszystkie oszczędności, żeby wysłać portfolio do kilku uniwersytetów w Stanach.
Wszyscy mówili: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Trzeba mieć znajomości, trzeba być geniuszem, żeby się dostać na studia doktoranckie do Stanów.

Dziś, po tylu latach dostali odpowiedź z jednego z lepszych uniwersytetów. Eren dostał pracę na uczelni – będzie robił doktorat. Kasia jedzie z Erenem. Jako żona doktoranta będzie mogła tam pracować.
Ja dziś płaczę ze szczęścia, bo wiem ile ich to kosztowało, wiem przez co przeszli. Ile ‘nie wyjdzie, nie wyjdzie’ musieli pokonać. Jestem z nich dziś strasznie dumna.

Eren, excellent, fantastic, amazing job!!! I’m so proud of you!!!
Kasiu, nie znam drugiej osoby tak cierpliwej i spokojnej jak Ty. Eren bez Ciebie, Twojego wsparcia nigdy by tego nie zrobił.

Dziś jedynym problemem Kasi i Erena jest, jak zabrać Olusia (kota) do Stanów. Pewnie teraz wszyscy mówią: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Koty nie latają…

Ale Oni Olusia wezmą do tych Stanów…zobaczycie!

PS. Jeśli jakieś literówki to przepraszam…Tekst pisany z sercem bijącym bardzo szybko.
PS2. No tak…Zdjęcie też mogłam wyczyścić…:)

Opublikowano Rodzina i Przyjaciele Królika, Uncategorized | 6 komentarzy

Ubezpieczenie w podróży, czyli czego lepiej nie wybierać…

Uwaga uwaga!!!warto przeczytać!!!

where is juli + sam

Bo w podroży to trzeba mieć dobre ubezpieczenie! Ale, jak się ubezpieczyć w samotną, sześciomiesięczną podroż dookoła świata, jak większość ubezpieczycieli każe po 90 dniach wrócić do kraju? Ubezpieczenie to to, nad czym spędziłam chyba więcej czasu niż nad układaniem swojego biletu dookoła świata. Klikałam i szukałam: Jakie ubezpieczenie wybrać na podróż, który ubezpieczyciel jest najlepszy, gdzie lepiej się nie ubezpieczać, ubezpieczenia turystyczne, ubezpieczenia zdrowotne w podroży… Przeszperałam internet, przepytałam znajomych, agentów ubezpieczeniowych, wydawało mi się, że zrobiłam wszystko, co mogłam ale chyba zrobiłam za mało i do dziś się zastanawiam, dlaczego to wszystko skończyło się tak, a nie inaczej…

Jakie ubezpieczenie wybrać na podróż dookoła świata?

WiJ ubezpieczenie w podroży

Naprawdę długo szukałam, zastanawiałam się nocami, aż wreszcie postawiłam na COMPENSA VIENNA INSURANCE GROUP. W końcu porządny ubezpieczyciel, co nie? Wykupiłam najdroższe ubezpieczenie z serii Compensa Voyage, pakiet platinum, które miało mi zapewnić spokojną podróż i pomoc w razie kłopotów ze…

View original post 1 991 słów więcej

Opublikowano BA -uwagi praktyczne, Uncategorized | Dodaj komentarz

Buenos Aires. Smartphonem z biedy…

afiche
Tłumaczenie:
Znalazłeś się na ulicy?
Możemy Ci pomóc
Zeskanuj swoim smartphonem kod z plakatu i sprawdź, gdzie możesz się schronić.

Ona:
Ciężko powiedzieć ile miała lat. Może 16 a może 40. Rysy twarzy miała nastolatki, ale skórę osoby znacznie starszej. Włosy czarne, długie, roztrzepane. Nie miała połowy przednich zębów. Ubrana była w łachy, siedziała na brudnym materacu, pod arkadami, w pobliżu ekskluzywnych sklepów w centrum Buenos Aires. Na tym właśnie materacu, schroniona przed deszczem i upałem, urządziła sobie kawałek świata. Trzyma na nim wszystko co ma. Jakiś koc, jakieś ubrania w reklamówce, jakiś chleb i mate. Takich jak Ona jest w Argentynie bardzo dużo.

Przed nią, na materacu, leżał nagusieńki chłopczyk. Malutki. Na moje oko 4-miesięczny. Ona uśmiechając się do niego, myła go szmatą, którą najpierw moczyła wodą z butelki. Nasza „Ona” była Mamą i to nie było jej jedyne dziecko. Obok niej na materacu siedziało drugie dziecko – może dwuletnie, może młodsze. W brudnych ubrankach, bez bucików, z czarnymi od biegania po ulicy stópkami. Bawiło się dużym kartonem.

Nie widać w niej było ani szaleństwa, ani agresji, tak typowych dla ludzi bezdomnych. Widać matczyną czułość. Patrzyłam na nią i czułam tę swoistą więź, która rodzi się między ludźmi w obliczu dzieci. Popatrzyłam na nią nie jak na bezdomną ale jak na mamę dwójki bobasów. Poczułam, że jesteśmy takie same – pełne kobiecej czułości i miłości.

Zauważyła, że na nią patrzę i powiedziała ‚una moneda por favor’.

Wspólnota, więź, jednogatunkowość…
O czym ja mówię?
Czy ja w ogóle jestem w stanie ją zrozumieć?
Ona śpi na ulicy, kiedy ja się boję wyjść z domu wieczorami. Ona je okruch starego chleba, kiedy ja jem w elegancko urządzonych restauracjach. Ja mam rodzinę, przyjaciół, którzy nie zostawią mnie w potrzebie, Ona samotnie musi liczyć na łaskę obcych. Ona ma dzieci, które musi wyżywić, ja wciąż wolna od takich zmartwień. Jej problemem jest jak przeżyć noc, jak nie zamoczyć materaca, za co zjeść. Mój problem to jechać na rejs do Brazylii, czy może raczej odwiedzić przyjaciółkę w Turcji. Ja z wykształceniem, z językami, z doświadczeniem…Ona z niczym.

Dobrze, że widzę w człowieku człowieka ale zrozumieć jej sytuację mogę tak, jak zrozumieli ją urzędnicy z argentyńskiego rządu, którzy rozwiesili plakaty po całym Buenos Aires mówiące:
Znalazłeś się na ulicy?
Możemy Ci pomóc
Zeskanuj swoim smartphonem kod z plakatu i sprawdź, gdzie możesz się schronić.

*proszę o pieniądze..

Opublikowano Argentyna, Moje Buenos Aires, Przemyślenia ogólne | 2 komentarze