Opowieści Mamy: Cena sukcesu, czyli historia o naszym wspólnym, 6-miesięcznym pobycie w Anglii.

Tytułem wstępu do opowieści Mamy
W połowie kwietnia 2010 dostałam propozycję awansu. Awans wiązał się z przeprowadzką do Anglii, do 60-tysięcznej miejscowości Aylesbury, położonej blisko Londynu. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe zadania i zupełnie inna rzeczywistość. Pracę w Anglii rozpoczęłam 1 maja. Rodzina w składzie: Mama, siostra – Agnieszka i dwóch siostrzeńców – Bruno (lat 8) i Wadim (lat 2) dojechali do mnie pod koniec sierpnia. Przed pobytem w Anglii, przez wiele lat mieszkaliśmy nie tylko w różnych mieszkaniach, ale też w różnych miastach. To jest opowieść o naszym wspólnym 6-miesięcznym pobycie w Anglii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Magda i Bruno na tle angielskiej prowizorki)

Oddaję głos Mamie:
Od dawna kiełkowała w nas myśl, jak zorganizować dłuższy wyjazd do Anglii, aby starszy wnuczek – Bruno, chodził tam do szkoły a córka – Agnieszka (jak to my mówimy) ”szlifowała” angielski. Wyjazd nie wydawał się być realny. Bruno miał 8 lat i chodził do szkoły w Polsce, Wadim 2 latka, Agnieszka pracowała w Polsce a ja byłam w trakcie walki z chorobą.

Kropla drążyła skałę, aż w końcu rozwiązanie przyszło samo. Madzia otrzymała propozycję oddelegowania do pracy właśnie do Anglii. Po podjęciu przez Madzię decyzji o przyjęciu propozycji, po naradzie rodzinnej i po przekonaniu przez Agnieszkę taty chłopców o celowości wyjazdu, postanowiliśmy, że spróbujemy.

Z dużym entuzjazmem przystąpiłyśmy do przygotowań. Po załatwieniu przez Agnieszkę wszystkich formalności związanych ze szkołą Bruna w Polsce i Anglii i z jej pracą, po zdobyciu dla mnie recept na pół roku, spakowałyśmy się w cztery wielkie torby i polecieliśmy do Anglii. Madzia widząc nas z torbami w Aylesbury, wybuchła śmiechem. Na początku było zabawnie…Przygoda.

Początki…
Licząc się z tym, że przyjedziemy w cztery osoby, Madzia wynajęła trochę większe mieszkanie niż jej było potrzebne – 3 pokoje, kuchnia, łazienka – takie nasze dawne M4.
Mieszkamy blisko pracy Madzi i szkoły Brunia. Madzia oddała nam swoją sypialnię, swoje łóżko a sama spała na kanapie w drugim pokoju. Wynajęła mieszkanie nieumeblowane i nie zdążyła go wyposażyć. Nie miałyśmy szafy na ubrania, więc ciężko się było rozpakować z naszych czterech toreb. Miałyśmy dla siebie tylko jedno łóżko i dmuchany materac. Nie miałyśmy wózka dla Wadusia, nie miałyśmy samochodu, czy choćby roweru. Do sklepu było daleko a taksówka droga.

Rozpoczęło się koczowanie…

Notatka z pamiętnika: 7 września 2010r.
Obraz mnie, Agnieszki i Wadusia wracających z centrum handlowego:
Rumunki w Polsce to mało powiedziane. Naszym środkiem transportu jest obecnie wózek dziecięcy, który dostałyśmy od mieszkającej w Londynie kuzynki. W wózku Waduś. Na rączkach od wózka po lewej stronie: plecak – małpka, z którą Waduś się nie rozstaje i zakupiona dodatkowa duża kołdra. Po prawej stronie: torba,
reklamówka z płaszczem i moja kurtka. Pod spodem wózka: duża torba ekologiczna z zakupami spożywczymi. Budkę od wózka musiałyśmy regulować co chwilę, bo co chwilę zmieniała się pogoda – raz deszcz, raz słońce. Jak padało, to trzeba było zakryć chociaż Wadusia. My byłyśmy całe przemoczone. Modliłyśmy się, aby zdążyć odebrać Bruna ze szkoły.
Ja szłam z tyłu, bo nie miałam już siły a Agnieszka z wielką torbą z Ikei, z szafą ogrodową w środku (nasze późniejsze półki), poszła po Bruna. Dobrze, że Waduś spał i nie chciał ‘cacu’ (Agnieszka karmiła go jeszcze od czasu do czasu piersią) albo tzw. ‘sola’- cukru z torebki, który dostawałyśmy w kawiarni do słodzenia…
….Polki w Anglii, którym zachciało się edukować dzieci zagranicą… Szkoda, że nie miałam aparatu fotograficznego. Mimo wielkiego zmęczenia jesteśmy zadowolone, że udało nam się kupić wiele potrzebnych rzeczy.

Angielska szkoła Bruna
Bruno chodził do klasy z trójką polskich dzieci. Mówiono nam, że dzieci w szkole mają pomoc językową. Nic podobnego. Nie było żadnej pomocy. Bruno przeżywał na początku traumę. Jego znajomość angielskiego była zbyt słaba, by rozumieć o czym mówią na lekcjach. Wiele rozmawiałyśmy z nim, aby się nie przejmował, że da radę, że jest dobry. Bardzo nam było go żal. I tak był w stosunkowo dobrej sytuacji. Obie córki – mama Agnieszka i ciocia Madzia pomagały mu w domu. Inne dzieci nie wytrzymywały, płakały, nie chciały chodzić do szkoły. Rodzice nie znali języka, nie mogli pomóc swoim dzieciom. Na wywiadówki chodziła z nimi Agnieszka, aby przekazać jakieś informacje. Agnieszka (w Polsce nauczyciel języka angielskiego) chciała jako wolontariusz pomagać Brunowi i pozostałym polskim dzieciom. Przepisy nie pozwalały. Nie miała jakiś papierów. To że jest nauczycielem z wieloletnim doświadczeniem nie wystarczyło.

Bariera językowa jest straszna. Odczuwałam ją codziennie. Prawie codziennie chodziłam z Wadusiem do klubu, gdzie dzieci, razem z opiekunami wspólnie się bawią. Nasz Waduś miał 2,5 roku i był najstarszym dzieckiem. Zajęcia trwały około trzech godzin a ja wśród dzieci i opiekunów bez znajomości języka. To były proste zabawy więc naśladowałam co robili inni. Czułam ból Brunia, który w swojej szkole nie tylko musiał naśladować ale zrozumieć polecenia i uczyć się.

Na początku z Brunem bywało różnie. Zapytany, co sądzi o wyjeździe mówił: ‘Jest fajnie. W szkole mam 2 kolegów’ albo ‘Lubię Anglię, lubię Oksford, muzeum z dinozaurami. Chcę tu kiedyś studiować’. Bywały też niestety dni, kiedy był bardzo smutny albo zdenerwowany. Chciał brać udział w lekcji i zabawach ale nie rozumiał o co chodzi. Był silny, nie płakał ale miał łzy w oczach.

Jemu było naprawdę ciężko. Oprócz materiału szkoły angielskiej przerabiał z nami w domu materiał klasy drugiej polskiej szkoły podstawowej. Chodził też do niedzielnej szkoły polskiej. Tam też się uczył ale lubił tam chodzić, bo miał kontakt z dziećmi, które bez trudu rozumiał i czuł się pewniej. No i dodatkowo przygotowania do pierwszej komunii…

Tymczasem w domu…
Z czasem wszyscy mieliśmy dość. W Polsce bardzo przyzwoite warunki mieszkaniowe, komfort, dużo miejsca, każdy ma swoje oddzielne mieszkanie…a tu…? Często pojawiała się myśl, żeby wracać. Przychodziło myślenie, czy ten wyjazd ma sens. Mogliśmy wrócić, ale co ze szkołą Bruna? Tu nieskończony semestr, w Polsce nieprzerobiony materiał.

Sytuacja zaczęła nas przerastać. Szczególnie Madzię. Ona pracowała. Miała stresującą, odpowiedzialną pracę i musiała się wysypiać. Dzieci jej nie pozwalały. Chciały się bawić, płakały, wstały rano. Madzia chodziła poirytowana.
Dla mnie najgorsze były noce. Agnieszka do późnej pory pisała na komputerze. Kiedy wchodziła do łazienki w nocy się wykąpać, drzwi skrzypiały, włączały się wentylatory, wszystkie rury grały. Wtedy ja się budziłam i noc miałam z głowy. Brałam wtedy środki nasenne, po których rano byłam nieprzytomna.
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Zabrałam koce, poduszkę i wymościłam sobie wannę aby tam spróbować zasnąć. Rano Madzia weszła do łazienki i mało nie dostała zapaści. Ja po tabletce spałam w wannie jak zabita. Pozycja w jakiej leżałam w wannie spowodowała ból chorej ręki. Modliłam się, żeby mi się nie zebrała chłonka, bo to mogło spowodować nieodwracalne spuchniecie ręki (ciągły strach po przebytej chorobie). Na szczęście ręka nie spuchła. Kości rozprostowałam i obiecałam, że w wannie już spać nigdy nie będę. Dobrze, że dzieci nie weszły rano pierwsze do łazienki…

Napięta atmosfera utrzymywała się przez jakiś czas ale im bliżej terminu powrotu, tym było nam wszystkim łatwiej.

Bruno coraz więcej rozumiał z tego, co się dzieje w szkole i to nas bardzo cieszyło. Nauczyciele mówili nam, że dzieci po pół roku znają język na tyle, że mogą się porozumiewać. I tak się stawało. Zajął pierwsze miejsce w konkursie matematycznym wśród klas czwartych. Miał coraz więcej kolegów i koleżanek. Chodził do klubu piłkarskiego, na basen. Waduś chodził do biblioteki, gdzie uczył się pląsów, do klubu malucha. Znał już coraz więcej piosenek i wprowadzał angielskie słowa do swojego dziecinnego języka.

Agnieszka skończyła kurs nauki matematyki małych dzieci, dostała pracę, zdobywała doświadczenie w prowadzeniu dokumentacji firmy i realizowała swoje marzenie o daniu dziecku możliwości nauki języka w naturalnych warunkach. Sama odświeżyła swój warsztat potrzebny jej do pracy jako nauczyciel języka angielskiego.

Madzia pracowała i w międzyczasie robiła studia podyplomowe w Oksfordzie. Chociaż czasem się denerwowała na porozwalane kredki czy cukierki na łóżku, doceniała fakt, że z nią jesteśmy, że ma z kim pogadać, że ją przytulaliśmy jak było jej trudno w pracy i jak miała cieplutki obiad czekający na nią po pracy czy szkole.

Z czasem dorobiliśmy się nowego, porządnego, drugiego materaca, zdobyłyśmy przyzwoity wózek (ten od kuzynki się rozleciał, bo nie był używany zgodnie z przeznaczeniem). Odwiedził nas zięć. Agnieszka przyprowadziła z Polski samochód. Codzienne zakupy nie były problemem a stały się przyjemnością, zaczęliśmy podróżować po Anglii, odwiedzać nowe miejsca, znajomych.

Po powrocie…
Bruno wrócił do swojej szkoły w Polsce. Nadrobił zaległości, poszedł razem ze swoja klasą do komunii. Teraz startuje w konkursach z języka angielskiego, w których zajmuje czołowe miejsca. W czasie wspólnych podróży jest moim przewodnikiem – tłumaczem.

Waduś nauczył się podstawowych słówek i teraz bardzo lubi angielski w przedszkolu. Po jakimś czasie pojechaliśmy odwiedzić Madzię do Anglii. Poszłam z nim na spacer. Mówił mi ‘ja tu byłem’. Pamięta jak chodził do klubu i w co się tam bawił. Pamięta powtarzane przez nas pląsy.

A ja? Ja spełniłam się jako babcia w trudnych warunkach. Pomogłam jak potrafiłam wnukom i córkom i czuję się przez to szczęśliwa.

Opisane fakty to tylko niektóre blaski i cienie naszego pobytu. Dzisiaj na pytanie, czy warto było, odpowiem – tak warto było. Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Tak, ale myślę, że inaczej byśmy to zorganizowały, szczególnie pod względem lokalowym.

Ludzie wyjeżdżają i opowiadają jak w Anglii jest dobrze, jak łatwo o pracę, jaka super opieka socjalna itp. Na wszystko trzeba patrzeć z przymrużeniem oka i brać co inni mówią pod poprawkę. My miałybyśmy ułatwioną sytuację, bo miałyśmy gdzie mieszkać, bo priorytetem nie była praca tylko nauka języka i poznawanie kraju. Życie na emigracji nie jest proste nawet w tak ułatwionej sytuacji. To duże wyzwanie organizacyjne i emocjonalne.

Dzisiaj często śmiejemy się z rozwalającego się wózka, z szafy ogrodowej zamiast półek, z kredek wypranych z koszulami Madzi, z ubrań w szafkach kuchennych, z tego że spałam w wannie.

Trudy minęły a w głowach zostały dobre wspomnienia. Teraz każda 5 czy 6 Bruna z angielskiego cieszy potrójnie…bo to nasz wspólny sukces.

W opwieści wystąpili:
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Bruno przed Halloween)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Wadim na tle mnie w barłogu)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Magda i Agnieszka w siostrzanym wypadzie do Kornwalii)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(no i Ja. Wigilia 2010)

Reklamy
Opublikowano Tymczasem Mama... | Otagowano , , | 7 Komentarzy

Z pamiętnika podróżnika. Pierwsza noc w Rio de Janeiro

brazylijskie chlopaki
(Marlon – ten na wysokości i jego koledzy)

Rio de Janeiro, 11 lutego, 2013, karnawał.
Towarzysz podróży: Kuzynka Asia.

Wykończone wielogodzinnym lotem i dobite jednym piwkiem w lokalnym barze, poszłyśmy spać. Byłyśmy tak zmęczone, że miałyśmy głęboko w poważaniu cały brazylijski karnawał.

Tej, i jeszcze kilka następnych nocy, spałyśmy u Igora – naszego Couchsurfera. Igora nie było w domu. Zostawił nam klucze do swojego cudownego mieszkania w recepcji.

Szybka ablucja i spać.

Godzina 1 w nocy.
Dzwonek do drzwi.
Jako, że gospodarza nie ma w domu, Asia czuje się w obowiązku zareagować.
Wstaje, przeciera oczy, otwiera drzwi. W drzwiach stoi młodziutki chłopak (jak się potem okazało wiosen 21). Stoi jak go Pan Bóg stworzył…tyle, że skromnie zasłonięty ręcznikiem.

– Cześć jestem Marlon, brat Igora. Przyszedłem wziąć prysznic. Surfowałem, cały się lepię.

Asia otwiera drzwi, jakby to było oczywiste, że o 1 w nocy wpada się z plaży do brata opluskać pod prysznicem. Najwyraźniej myśli ‘co kraj, to obyczaj’.

Zmęczenie znów bierze górę i zasypiamy.

Po około 15 minutach budzą mnie głosy. Otwieram oczy przekonana, że zobaczę koleżanki Igora (która też mają u niego spać) i umytego brata Igora.

Zamiast spodziewanych, ku mojemu zdziwieniu, widzę kilku (równie skąpo ubranych, co Marlon) mężczyzn. Wszyscy w wieku z 2-jeczką z przodu…i to taką wczesną 2-jeczką.

– Jesteśmy znajomymi Igora i Marlona – oznajmili szeptem. Wpadliśmy na chwilkę. Marlon się umyje i wychodzimy. Karnawał jest, czemu śpicie? Nie idziecie się bawić?

Ignorujemy propozycję i zasypiamy.

Chwilę później budzi mnie mój własny krzyk. Kot Igora ugryzł mnie w śródstopie. Świadomość się nie obudziła ale pierwotne instynkty kazały nogę przykurczyć a buzi krzyknąć słowo z dźwięcznym rrrrrrrr……..

Godzinkę później wpadły koleżanki Igora. Poplotkowałyśmy o tym i o tamtym.

Trzy godziny w Rio de Janeiro i poznałyśmy garść półnagich przystojniaków, dwie fajne dziewczyny i kota…i nawet nie wyszłyśmy z domu.

No to witamy w Brazylii…

Opublikowano Ameryka Południowa (2013), Brazylia, Z pamiętnika podróżnika | Otagowano , , , | 4 Komentarze

Ukamienowanie Gloriety i inne historie z serii „kradzieże i rabunki w Buenos Aires’.

la glorieta
(La Glorieta. Buenos Aires. Argentyna)

La Glorieta to moje ulubione milonga w Buenos Aires.
To miejsce wyjątkowe, bardzo autentyczne. Nie ma tu nic z show, które serwuje się turystom. Spotykają się tu 20-latkowie i 80-latkowie. Wszyscy tańczą wspólnie tango.

Park, pełen egzotycznej roślinności, a w środku parku, na niewielkim podniesieniu Ona – La Glorieta – milonga na wolnym powietrzu, weekendowe miejsce spotkań lokalnych tancerzy tango. La Glorieta ma kształt okrągłej pergoli. Jednocześnie może tu tańczyć nawet 200 osób.

I tak właśnie było dwa tygodnie temu.
Jak co niedzielę od 12 lat, do Gloriety przyszli milongros. Glorieta była wypełniona po brzegi parami skupionymi na tańcu.

Około godziny 10 wieczorem grupa agresywnych złodziei otoczyła pergolę i zaczęła rzucać w tańczących kamieniami. Doszło do paniki. Ludzie zaczęli uciekać. Złodzieje wtargnęli na parkiet i ukradli torby odwieszone na czas tańca.

Opowiedziałam tę historię koledze, który Glorietę odwiedza niemal co niedzielę.

– Wcale mnie to nie dziwi – powiedział. Miesiąc temu przyszła do Gloriety na zajęcia* jedna dziewczyna. Jej koleżanka czekała na nią na ławce przed Glorietą. Grupa chłopaków podeszła do niej, przystawili jej pistolet do głowy i okradli. Nic jej się nie stało ale strachu się najadła.

Kradzieże i rabunki w Buenos Aires są zjawiskiem dość częstym. Złodzieje mają różne techniki. Najmniej przyjemną jest oczywiście wspomniane zastraszenie bronią…ale są też inne, mniej drastyczne i dużo częściej spotykane.

Oto kilka z nich:

– Technika na farbę – ofiarę oblewa się płynem (najlepiej farbą). Korzystając z faktu skupienia ofiary na czyszczeniu ubrania, pozbawia się jej zawartości torebki lub całej torebki. Technika dość skuteczna ale ma dwa duże minusy: po pierwsze, wymaga pracy w duecie – jeden oblewa, drugi kradnie; a po drugie, jest techniką dość sceniczną i powoduje szum i zgromadzenia.
Ocena ogólna: technika mało popularna ale bardzo medialna.

– Technika na skoczka – ofiarę znajduje się w autobusie, który stoi w korku. Ofiara musi siedzieć przy otwartym oknie i mieć torebkę położoną na kolanach. Widząc niespodziewającą się ataku ofiarę (w końcu siedzi wygodnie w autobusie), podskakuje się na wysokość okna, wyszarpuje się jednym ruchem torebkę i ucieka.
Ocena ogólna: technika bardzo skuteczna i ostatnio bardzo modna. Minus techniki – wymaga sporej sprawności fizycznej.

– Technika na wyrywacza – ta technika ma zastosowanie w przypadku korzystania przez ofiarę z telefonu komórkowego w celu słuchania muzyki. Ofiara stoi na przystanku lub w kolejce ze słuchawkami na/w uszach. Podchodzi się powoli do ofiary a następnie wyrywa telefon z dłoni i ucieka. Tak właśnie swojego telefonu została pozbawiona Susie, którą przedstawiłam Wam w innym poście.
Ocena ogólna: technika mało wyszukana. Oprócz umiejętności szybkiego biegania nie wymaga dodatkowych kwalifikacji. Technika śmierdzi amatorszczyzną

– Technika na cichacza – to technika klasyczna. Polega na wyciągnięciu z torby/plecaka/kieszeni wartościowego przedmiotu w taki sposób, by ofiara jeszcze długo po fakcie nie miała pojęcia, że ją okradziono. Najlepiej sprawdza się w zatłoczonych miejscach.
Ocena ogólna: to technika zimnej krwi i umiejętności zachowania pokerowej twarzy. Technika popularna ale mało medialna, wymaga nie lada umiejętności manualnych.

Wczoraj około godziny 20, na dość zatłoczonej ulicy Corrientes – jednej z głównych ulic miasta, próbowano na mnie zastosować technikę ‘na cichacza’. Szłam z plecakiem założonym po europejsku – na plecach (w Ameryce Południowej częstym jest noszenie plecaka z przodu). W pewnym momencie poczułam jak ktoś próbuje otworzyć mój plecak. Odwróciłam się i zobaczyłam kobietę, lat około 50. Popatrzyłam na nią i spytałam
– ‘Co robisz?’.
Bez odpowiedzi poszła dalej. Mężczyzna, który stał za nią, podszedł trzy kroki do mnie i pyta:
– Co się stało?
– Próbowała mnie okraść! – odpowiedziałam oburzona.
– To nie prawda…W trym kraju nie kradną ludzie. W tym kraju kradnie rząd i policja. – odpowiedział i odszedł.

*przed milonga w Gloriecie odbywa się nauka tańca.

Opublikowano BA -uwagi praktyczne, Moje Buenos Aires | Otagowano , , , | 4 Komentarze

Susie. Bez definicji.

lemur in madagascar (2)
(Madagaskar)

Susie poznałam w listopadzie 2013 roku.
Przyjechała z Kalifornii na 3 miesiące do Buenos Aires uczyć się tańczyć tango. Spotkałyśmy się pewnego wieczoru na zajęciach z tańca. Po zajęciach, wracając razem jedną taksówką do domów, śmiałyśmy się do łez. Potem jeszcze wiele razy razem płakałyśmy – czasem ze śmiechu a czasem nie.

Susie mogłaby obdarzyć swoim podróżniczym doświadczeniem co najmniej dziesięć osób. Była na wszystkich kontynentach. To jedna z tych osób, których łatwiej spytać gdzie nie były, niż gdzie były.

Susie jest lekarzem. Pracowała jako lekarz w najbogatszych i najbiedniejszych miejscach na świecie, w najgorętszych i najzimniejszych.

Susie nie wierzy w definicje. Podróżuje, ale nie nazywa się podróżnikiem, leczy ludzi, ale nie nie lubi etykietki lekarz, ma bardzo dużo ezoterycznych przemyśleń, ale nie jest myślicielem. Jak mówi, jest wszystkim tym, bo to czasem robi, ale to nie są definicje jej osoby.

Nie pije alkoholu i nigdy nie piła, bo ma uczulenie.
Nie pali i nigdy nie paliła, bo się dusi.
Za to uwielbia jeść…Kocha azjatycką kuchnię, szczególnie koreańską.

Susie lubi wyzwania. Jednym z nich było nauczenie się po polsku: „Grzesiu, gdzie się gasi światło”. Muszę przyznać, że lepiej jej to wychodziło niż mi, kiedy uczyłam się koreańskiego odpowiednika.

To z, i dzięki Susie odkryłam swojego ducha…
Spędziłyśmy wiele wieczorów na jedzeniu helados* i rozmowach o Tao…
…i chłopakach…zawsze się jakoś zgaduje o chłopakach…

Przedstawiam Wam Susie.

M: Susie, to jest o Twój ostatni dzień w Buenos Aires. Byłaś tu 3 miesiące… Jak było?
S: (hahaha). To jest Twoje pierwsze pytanie??? Jak było???!!!

M: No wiesz, ogólnie, jak było?
S: Ogólnie…? Jak to w życiu. Raz lepiej, raz gorzej.

M: Dlaczego przyjechałaś do Buenos Aires?
S: Chciałam nauczyć się tańczyć tango.

M: Kiedy po raz pierwszy przyszło Ci do głowy, że chcesz tańczyć tango?
S: W Nowej Zelandii. Chciałam nauczyć się tańczyć salsy. Poszłam na zajęcia, na który pokazywano wiele typów tańca i można było ich spróbować. Salsa mi jakoś mi nie wychodziła. Nie wchodziłam w rytm. Za wolna jestem (hahahaha). Za to tango było dla mojego ciała czymś naturalnym. Nigdy nie myślałam wcześniej o tango. Po pierwszej próbie pomyślałam, że chcę się nauczyć. Najlepszym miejscem jest oczywiście Buenos Aires.
Był październik. Moja nowa praca miała się zacząć od marca. Miałam przerwę 3 miesiące. Spakowałam się i przyjechałam.

M: Aha…no tak…chwila wolnego…Każdy mając chwilę wolnego wpada do Buenos Aires potańczyć tango…Przyjechałaś zatem do Buenos Aires. Jak wyglądały Twoje pierwsze zajęcia?
S: (hahahaha) Zostałam zmolestowana. Hahaha.

M: Wiesz, że byłaś inspiracją dla mnie do napisania artykułu pt. „Mechanik samochodowy w Warszawie, czy instruktor tango w Buenos Aires. Rozważania w kontekście reprodukcji”?
S: (hahahaha). Poszłam na pierwsze zajęcia. Nie miałam pojęcia czym jest tango. Wiesz jak to jest…najpierw w tango uczysz się jak chodzić a dopiero z czasem wprowadzasz jakieś figury. Tymczasem mój nauczyciel robił ze mną co chciał. Zarzucał moje nogi na siebie, wyginał mnie w różne strony. Czułam się dziwnie ale robiłam co chciał, bo myślałam, że może tak ma wyglądać to całe tango.

M: Trzy miesiące później już wiesz…na tym polega tango?
S: (hahahah). Nie.

M: Jak wyglądały Twoje ostatnie trzy miesiące w Buenos Aires?
S: Już następnego dnia po przyjeździe poszłam na wspomnianą lekcję. Potem chodziłam na lekcje prywatne i zajęcia grupowe. Pięć razy w tygodniu zajęcia prywatne a po nich 2-3 godziny zajęć grupowych. Po zajęciach grupowych chodziłam na milonga**, czasem dwa. Nogi bolały tak, że nie mogłam chodzić.

M: Co było dla Ciebie najtrudniejsze w tango?
S: Poddanie się prowadzącemu…. Nigdy wcześniej nie tańczyłam, więc nie miałam żadnego doświadczenia w tej roli. W życiu też jestem osobą bardzo niezależną i raczej ciężko mnie prowadzić. Tango nauczyło mnie wiele. To była lekcja życia a nie tylko tańca. Kiedyś uważałam, że prowadzenie i poddawanie się prowadzeniu to kwestia „kontroli”, że mężczyzna prowadząc, kontroluje a kobieta bezmyślnie się temu poddaje. Teraz uważam, że to kwestia zaufania do partnera i swoistego zaproszenia. Wielu doświadczonych milangeros mówiło mi: „to jak Cię prowadzę, to jedynie zaproszenie do zrobienia tego, czy tamtego. Ty nie musisz tego robić”. Niedoświadczeni partnerzy irytują się, gdy nie wykonujesz figury, którą oni chcą, żebyś wykonała. Często bywają wtedy źli. Niedoświadczeni partnerzy nie umieją poradzić sobie z Twoją niezależnością, nie wiedzą, co zrobić, jeśli pójdziesz nie tam, gdzie oni zaplanowali. Doświadczeni partnerzy natomiast doskonale radzą sobie z Tobą jako osobą, potrafią zrozumieć co możesz a czego nie możesz, bądź nie chcesz zrobić, potrafią zrozumieć Twoją osobowość i temperament i się do niej dostosować.

M: Jak w życiu….jak w związkach. Czego jeszcze dowiedziałaś się o życiu dzięki tango? Wiele razy rozmawiałyśmy o tym, że tak jak w tango, tak i w życiu trzeba zachować tak zwane ‘centrum’, swój ‘pion’
S: Ja widzę to w ten sposób: istnieją dwa centra. Jedno, to centrum indywidualne każdego z nas. To nasza oś, nasz pion. Tak samo w tańcu, jak i w życiu, Twój partner może robić dużo rzeczy niezależnie od Ciebie. Może zrobić dwa kroki szybciej, dwa kroki wolniej, może dodawać do swojego tańca jakieś elementy, które wykonuje bez Ciebie. Partnerka nie może opierać na partnerze całej swojej osoby. Jeśli tak jest, to w momencie, gdy on zaczyna dodawać elementy, partnerka traci pion i upada. Dla własnego bezpieczeństwa nie może tego robić.
Jest też drugie centrum. To coś, co tworzymy razem. Tango to nie jest taniec synchroniczny ale spotkanie dwóch niezależnych bytów. Tak jak w życiu, jak w relacji z partnerem, jak w relacji z kimkolwiek. Jeśli nie zachowasz swojego pionu, upadasz.

M: Mogłybyśmy rozmawiać o tańcu, o relacjach godzinami. Wiem, bo tak spędzałyśmy dni i wieczory. Chciałabym jednak zmienić temat i spytać Cię o Twoje podróże. Możesz mi opowiedzieć gdzie już byłaś? Tylko w skrócie proszę (hahahaha)
S: Byłam na siedmiu kontynentach.

M: Rzeczywiście wypowiedziałaś się w skrócie (hahahaha). Co robiłaś na tych siedmiu kontynentach?
S: Podróżowałam i pracowałam.

M: Jak się zaczęło Twoje podróżowanie?
S: Moja rodzina jest z Korei. Jeździłam z Kalifornii do Korei co roku na wakacje z rodziną. Moją pierwszą samodzielną podróż odbyłam po pierwszym roku medycyny. Na uczeli poprosiłam o dziekankę. Nie chcieli mi jej dać ale powiedziałam, że niezależnie od tego, czy mi ją dadzą, czy nie, wyjadę. I wyjechałam. Na rok. Najpierw pojechałam do Afryki – do Mali, potem do Sudanu i Kenii.

M: Pracowałaś tam?
S: Tak, W Kenii pracowałam jako wolontariusz w projekcie dotyczącym prewencji HIV. W Mali przy badaniach nad malarią a w Sudanie w projekcie rozwojowym w pięciu lokalnych wsiach.

microflight over vic falls (2)
(Wodospady Wiktorii)

M: Pojechałaś do Afryki na cały rok?
S: Nie, po Afryce pojechałam do Europy. Tam trochę podróżowałam. Byłam chyba w siedmiu krajach. Potem pojechałam do Indii na miesiąc. Po Indiach wróciłam do domu, żeby skończyć studia.

M: Co było potem?
S: Przez jakiś czas chciałam być chirurgiem ortopedą. Złożyłam nawet podanie, żeby przyjęli mnie na staż, ale w trakcie procesu aplikacji wycofałam dokumenty i złożyłam je do szkoły publicznej opieki zdrowotnej. Przyjęli mnie. Potem wyjechałam do Londynu na rok i tam zdobyłam dyplom lekarza medycyny ratunkowej. Z dyplomem pojechałam na rok pracować do Azji. Pracowałam w Wietnamie a potem w Indonezji po tym, jak kraj ten nawiedziło tsunami. Po tym doświadczeniu wróciłam do Stanów i zrobiłam staż w szpitalu, w izbie przyjęć.

M: Co się działo po stażu?
S: Po stażu pracowałam w kilku stanach u siebie w kraju. Potem pojechałam do Australii. Bardzo źle się czułam w Australii, bo uważałam że Australijczycy są strasznymi rasistami. Miałam kontrakt na pół roku ale wyjechałam po tygodniu. Po tym doświadczeniu wróciłam do domu i chciałam zacząć prowadzić standardowe życie. Znalazłam bardzo dobrą pracę, zarabiałam dobre pieniądze, mieszkałam w fajnym mieszkaniu. Po raz pierwszy w życiu kupiłam meble nie z Ikei (hahahah).

M. Jak długo wytrzymałaś w stanie teraz-już-będę-dorosłym-człowiekiem?
S: 10 miesięcy. Potem zachorował mój tata i po trzech miesiącach zmarł. Zaczęłam się zastanawiać, co ja do cholery robię? Dlaczego robię coś przeciwko sobie, dlaczego żyję nie tak jak chcę? Przecież to nie jest to kim jestem…Rzuciłam pracę i pojechałam do Nowej Zelandii.

M: Czy to był moment, w którym ludzie pomyśleli że jesteś szalona?
S: Większość ludzi nie myśli że jestem szalona. Większość mówi, że chciałaby móc prowadzić takie życie. Ale ich życie jest inne, mają dzieci. To zmienia. Inna rzecz, że nie otwierają się na nowe możliwości. Zawsze powtarzam, to co robię jest proste. Wchodzisz w Internet, szukasz, znajdujesz, kupujesz bilet i lecisz.

M: OK. Wróćmy do Twojej historii. Pojechałaś do Nowej Zelandii. Na jak długo?
S: Na 6 miesięcy. Pracowałam tam jako lekarz. Pracując w Nowej Zelandii masz dużo czasu wolnego więc dużo podróżowałam. To było jak wakacje.

M: Po Nowej Zelandii?
S: Po Nowej Zelandii pojechałam do Południowo-Wschodniej Azji na miesiąc, potem do Indii na miesiąc i do Afryki na 6 tygodni. W Afryce byłam w Zambii, Mozambiku i na Madagaskarze.

M: A potem?
S: Potem pracowałam jako lekarz na statku pasażerskim na morzu śródziemnym.

M: (hahaha) Ok….A potem?
S: (hahahah)…Pojechałam do Wielkiego Kanionu. Potem stwierdziłam, że muszę zarobić trochę pieniędzy. Zatrudniłam się na jakiś czas w szpitalu… a teraz jestem tutaj.

M: Susie… chyba zapomniałaś, że byłaś na Antarktyce?
S: Ahhh….no tak…. …Kiedy ja byłam na Antarktyce? To było przed Nową Zelandią. Zapomniałam o tym. (hahahaha)

antarctica-1 (2)
(Antarktyka)

M: No tak…Takie rzeczy umykają…(hahaha). Co robiłaś na Antarktyce?
S: Pracowałam przez 6 miesięcy jako lekarz

M: OK. Susie. Wszyscy zrozumieli z Twojej krótkiej wyliczanki, że prowadzisz nudne życie….(hahahaha)…Powiedz ile masz lat? 200?

S: (hahahah). 38.

M: Susie, pochodzisz z bogatej rodziny, która Ci to wszystko sponsoruje? Masz bogatego męża? Odziedziczyłaś fortunę?
S: W ogóle nie mam męża. Nie mam też fortuny (hahahah). Mój tata był mechanikiem samochodowym a mama nie pracowała zawodowo. Moi rodzice rozeszli się jak byłam nastolatką i tata nie łożył na mnie i na moją siostrę pieniędzy. Przeżyłyśmy, bo pomagała nam rodzina mamy.

M: Czyli nie jesteś zepsutym dzieckiem, które dostawało zawsze wszystko?
S: Przecież ja wszystkie moje podróże odbyłam z zarobionych przez siebie pieniędzy!

M: Jak to wszystko do cholery organizujesz, Susie?
S: Logistyka nie jest trudna, to kwestia czegoś innego. Ludzie nie otwierają się na możliwości, które świat ma do zaoferowania, bo żyją w społeczeństwie zbudowanym na strachu. Wszystkiego się boimy. Musimy mieć ubezpieczenie na życie, nasz samochód musi być ubezpieczony, nasz dom… Musimy zapewnić bezpieczeństwo sobie, mieć dom, pracę, dzieci. Jak już mamy dzieci, to musimy zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom, itd. Ale to bezpieczeństwo to iluzja. I tak wszyscy musimy przejść przez to samo – wszyscy musimy umrzeć. Żadne ubezpieczenie nas od tego nie uchroni. Pracując w szpitalu widzę, że większość ludzi uświadamia to sobie dopiero umierając. Jeszcze nie spotkałam człowieka który umierając mówi „powinienem był więcej pracować” a wiele mówi „powinienem był mieć więcej dystansu do życia, do siebie, nie bać się i zrobić to, czy tamto”.

M: Susie, czemu podróżujesz?
S: Na różnych etapach swojego życia podróżowałam z różnych powodów. Mając 20 lat podróżowałam, żeby uciec od siebie. Miałam wiele problemów z sobą. Teraz śmieję się z tych, co wyjeżdżają, żeby odnaleźć siebie. 20 lat temu byłam jedną z nich.
Potem podróżowałam, bo to było modne.
Teraz podróżuję, bo lubię stawiać sobie wyzwania.
Większość ludzi boi się być w sytuacji, w której jadą do obcego kraju, nie znają języka, nie wiedzą jak gdzieś dojechać, jak się zachować. A ja to uwielbiam. Niby robisz te same rzeczy ale o ile w domu wyjście do sklepu robisz na tzw. autopilocie, o tyle na wyjeździe to wyzwanie. Wszystko jest wyzwaniem. Na wyjeździe czujesz się dumna i ceszysz się, że rozpracowałaś lokalną komunikację, że dojechałaś gdzieś autobusem sama, a nie że wzięłaś taksówkę. Tego nie doświadczasz w domu. Podróżowanie pozwala też być w teraźniejszości. Nie w przeszłości, nie przyszłości. Musisz się skupić na tu i teraz, bo nigdzie nie dojedziesz, niczego nie zobaczysz, niczego nie zrobisz.

M: Susie, za 5 godzin wylatujesz z Buenos Aires. Jakie nudne (hahahaha) rzeczy będziesz robić dalej?
S: Jadę na 5 dni do domu do Los Angeles do mamy.

M: Wyprać rzeczy?
S: (hahahha). Nie, zmienić.

M: A potem?
S: Potem lecę do Singapuru. Spędzę tam kilka dni. Potem będę przez 2 tygodnie pracować na statku, który jedzie do Tajlandii, Kambodży, Wietnamu i Hong Kongu. Zostanę w Hong Kongu przez kilka dni. Potem jadę nurkować do Malezji. Potem lecę do Japonii na 3 tygodnie. Potem do Korei na 10 dni. Po Korei wracam do domu, do Kalifornii na całe 3 tygodnie. I stamtąd lecę na Alaskę na 2 tygodnie. Tam będę pracować. A potem lecę do Nowego Jorku, gdzie będę przez rok pracować w hospicjum.

M: Dlaczego wybrałaś hospicjum?
S: Umieranie to szczególny moment. To część życia. Czuję, że będę uczestniczyła w czymś bardzo osobistym. Czuję wagę tego momentu.

M: Musisz iść na ostatnie swoje zajęcia z tanga, więc kończymy. Susie, gdzie widzimy się następnym razem?
S: W Nowym Jorku. Przyjedź do Nowego Jorku. Pójdziemy na milonga.

M: Kiedy przyjedziesz do Polski?
S: Lipcu 2015. Wtedy są festiwale tanga w Finlandii i Chorwacji. Polska jest jakoś po drodze, nie? (hahahah)

Kilka zdjęć od Susie:

baobab trees madagascar (2)
(Madagaskar)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA
(Mongolia – nie pojawiła się w opowieści Susie…musiała zapomnieć…)

antarctica2 (2)
(Antarktyka)

* helados – lody
** milonga – miejsce spotkań dla ludzi tańczących tango.

Opublikowano Rodzina i Przyjaciele Królika | Otagowano , , , | 5 Komentarzy

Mechanik samochodowy w Warszawie, czy instruktor tanga w Buenos Aires? Wybór drogi kariery w kontekście reprodukcji.

tango3

Ona: Masz dziewczynę?
On: Mam. Codziennie inną. Przychodzi do mnie wiele pięknych kobiet. Nie można ode mnie oczekiwać, że zostanę przy jednej. Moje życie to raj.

Męskie zainteresowanie samochodami i powiązanie z nim wyboru kariery mechanika samochodowego, z punktu widzenia reprodukcji, jest całkowicie nielogiczne. W porównaniu ze swoim kolegą – instruktorem tanga, mechanik samochodowy ma radykalnie mniejsze możliwości przekazywania genów.

Dlaczego?
Oto krótkie porównanie:

Dostępność kobiet
Instruktor tanga: Kobiety same do niego przychodzą.
Mechanik samochodowy: Zamiast same przyjechać, wysyłają tatę lub brata.

Różnorodność kobiet:
Instruktor tanga: Wybór ogromny. Śnieżnobiałe, czekoladowe, azjatyckie, wysokie, niskie, średnie. Argentynki, Chinki, Rosjanki, Amerykanki, Kolumbijki….Jakie chcesz i zmieniają się co godzinę.
Mechanik samochodowy: Jakie przyjdą na lokalną dyskotekę.

Wygląd kobiet:
Instruktor tanga: Przeważnie atrakcyjne. Niezgrabne i brzydkie nie mają poczucia własnej wartości i nie garną się do pokazów.
Mechanik samochodowy: Jakie dzielnica zrodziła.

Możliwości bezpośredniego kontaktu z kobietą:

Instruktor tanga: Natychmiastowa.
Mechanik samochodowy: Bezpośredni kontakt jedynie z kierownicą i skrzynią biegów.

Dzienne prokreacjo-godziny:
Instruktor tanga: Wstaje średnio o 13 i kładzie się spać o 4 w nocy. W sumie cały, pozostały czas może poświęcić prokreacji. I tak 7 dni w tygodniu.
Mechanik samochodowy: Przez 5 dni w tygodniu wstaje o 7, żeby do warsztatu zdążyć na 8 rano. 8 godzin w warsztacie. Potem mycie i jedzenie. Pada na twarz około 22. Zostaje jakieś 3 godziny dziennie. W sobotę i w niedzielę odsypianie.


Szacowana ilość godzin poświęcona na uwiedzenie

Instruktor tanga: 2 godziny – pół godziny na przygotowanie (prysznic, golenie, ubranie), pół godziny na dojazd do studia, pół godziny na uwodzenie, pół godziny na dojazd do domu. Jeśli warunki odpowiednie, czas można skrócić do 1,5 godziny – wówczas nie wracają do domu a prokreacja odbywa się w atmosferze studia z tangiem w tle.
Mechanik samochodowy: 5 godzin – godzina na zmycie smaru i wyjęcie brudu spod paznokcia, pół godziny na dojazd na dyskotekę, dwie godziny na wlewanie w siebie browaru z kolegami (na odwagę), godzina na wypatrzenie kobiety i uwiedzenie kobiety, pół godziny na dojazd do domu. Tutaj czas też można skrócić o pół godziny, jeśli kobieta jest wyjątkowo pijana. Wówczas nie wracają do domu a prokreacja odbywa się w atmosferze dyskotekowego kibla z rytmiczną muzyką w tle.

Co myśli kobieta:
Instruktor tanga: „Jesteś artystą”, „jesteś pełen pasji”, „przy tobie jestem prawdziwą kobietą”
Mechanik samochodowy: ‚weź się umyj, walisz smarem’

Tytułem sprostowania:
Są instruktorzy tanga, którzy nie sypiają ze wszystkimi kobietami, które uczą. Znam takich. To są najlepsi tancerze, najwspanialsi nauczyciele i lojalni partnerzy swoich cudownych kobiet.
Przedstawię Wam ich innym razem.


Opublikowano Moje Buenos Aires, Tango | Otagowano , , | 4 Komentarze

Co ma wspólnego zwiedzanie z zaliczaniem panienek? Kilka słów z okazji Walentynek.

Zwiedzanie jest jak zaliczenie kolejnej panienki* i ma jedynie walor statystyczny. Idziesz z taką do łóżka, często pijany i widzisz utrefione i upacynkowane dziewczę. Wychodzisz w nocy i nie widzisz jak ona się budzi. Nie widzisz jej krosty na brodzie i przetłuszczonych włosów.

Myślisz pewnie: a po co mam oglądać syfy?
Oczywiście nie musisz. Możesz patrzeć na maskę, którą dla Ciebie założyła i nie wnikać w szczegóły. Tylko pod tą maską oprócz ewidentnego syfa, jest jeszcze coś więcej – naturalność, szczerość i dobro.

Ale Ty tego nie zobaczysz. Ty jesteś dla niej nikim.

Nie pokaże Ci kim naprawdę jest, jak potrafi się cudownie śmiać i wzruszać. Nie będzie z Tobą, gdy będziesz smutny, nie wydobędzie z Ciebie tego, co w Tobie najlepsze. Nie kopnie Cię w tyłek, jak się rozleniwisz, nie da siły, nie przytuli w locie, nie uśmiechnie się bezinteresownie.

Tak samo jest ze zwiedzaniem.
Zwiedzając oglądasz fasady. Widzisz to, co dla Ciebie przygotowano. Jest ładnie, każdy się uśmiecha, jest bezpiecznie.
Tylko to co zobaczysz, będzie dokładnie tym samym co ten, który oglądał to wczoraj i ten, który będzie tu jutro. Zwiedzającym turystom nie zdradza się sekretów, nie zaprowadza w tajemne miejsca, nie otwiera się domów, nie zaprasza do stołu.

Podróżowanie to inna bajka.

Podróżowanie wymaga wysiłku i zaangażowania. Podróżowanie wymaga myślenia i odczuwania. Podróżowanie to odkrywanie a nie odfajkowanie na liście – ‘zaliczone’. Podróżowanie to ubaw po pachy, jak się czegoś nie zrozumiało, to momenty konsternacji, gdy zrobiło się coś nie według lokalnych zasad, to strach, to momenty zagubienia i momenty odnajdywania się.

Podróżując oczywiście chodzi się w tzw. ‘typowo-turystyczne-miejsca’. Nie po to ktoś zbudował coś pięknego, interesującego, imponującego, żeby tego z założenia nie zobaczyć. Tylko podróżnik zapyta o szczegóły, doczyta, poprosi o więcej a zwiedzający poszuka baru, w którym w otoczeniu znanych sobie ludzi wypije piwo znane sobie piwo. Niczego się nie dowiedział, niczego nie przeżył… no ale zdjęcia ‘tu byłem’ ma!

Podróżowanie jest jak miłość, jak permanentne odkrywanie. To coś na całe życie.
Zwiedzanie jest jak zaliczanie. Pijany ubaw dobry na jedną noc. To pójście na łatwiznę.

Tytułem zwięzłego zakończenia:
Z okazji Walentynek życzę Wam więcej podróżowania niż zwiedzania…no i miłości a nie zaliczeń:)

Z okazji Walentynek zachęcam też do przeczytania artykułu, jak się obchodzi święto miłości w innych krajach. Artykuł tutaj.
Jeśli chodzi o Argentynę, to jest to święto nowe. Przylazło tutaj ze Stanów wraz z promocją jakiś czekoladek i jest obchodzone raczej przez lansujące się klasy wyższe.

* lub gościa, ale w naszym kraju częściej używa się ‘zaliczanie panienki’ niż ‘zaliczanie gościa’ – stąd użycie słowa ‘panienka’ (skądinąd bardzo niepoprawne).

Opublikowano Przemyślenia ogólne | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Higieniczny Dekalog Podróżnika w kontekście odrażającego rytuału picia Mate.

Opublikowano BA -uwagi praktyczne, Moje Buenos Aires, Z pamiętnika podróżnika | Dodaj komentarz