Koniec języka za przewodnika, czyli poruszanie się komunikacją miejską po Buenos Aires.

Subte_Boliviar
(Subte – metro w Buenos Aires)

Najpierw wybierasz metro – Subte.

Metrem zawsze szybciej – myślisz.
W końcu w każdym mieście lepiej poruszać się metrem – bo pod ziemią, bo bez korków.
Metrem zawsze prościej – myślisz.
Są mapki, są kierunkowskazy. Trudno się zgubić.

Idziesz zatem na stację metra…
I co? I stacja zamknięta….
I nie wiadomo czemu zamknięta. Nigdy nie wiadomo czemu. Zamknięta i tyle.
Kiedy otworzą?
Jak otworzą to otworzą…nie wcześniej, nie później. Najwyraźniej coś się stało i ekipa zajęta jest rozwiązywaniem problemu a nie komunikacją z pasażerami.

Reakcja ludzi na zamkniętą stację jest zgoła inna niż w Polsce.
W Polsce dostałoby się radnym, premierowi, prezydentowi, Kościołowi, Owsiakowi, Ruskim, Amerykanom – do wyboru, o koloru. Tymczasem w Buenos Aires jest to powód do miłych pogaduszek a nerwy są niezrozumiałe. Gdyby człowiek miał się denerwować każdym zamknięciem metra, to by posiwiał w wieku młodzieńczym.

Hiszpański przydaje się po raz pierwszy.
Dopytujesz jak dojechać autobusem do miejsca przeznaczenia. Wszyscy chętnie podpowiadają, nawet wskazują drogę na przystanek.

No właśnie przystanek…
Czasem jest to przystanek w pełnym tego słowa znaczeniu – tzn. wiesz bez żadnych wątpliwości, że jesteś na przystanku. Jest ławeczka, jest daszek, jest numerek autobusu – taka poczekalnia na otwartym powietrzu. Wygląda nowocześnie.

Czasem nie jest to takie proste… Przystanek może być oznaczony jedynie małą blaszką z numerkiem przyczepioną drutem do drzewa. Czasem blaszkę widać a czasem nie. Czasem widać blaszkę ale nie widać numerka.

Hiszpański przydaje się po raz drugi.

Dopytujesz, czy ta blaszka – tu, na tym drzewie, oznacza przystanek autobusu, który Cię interesuje. Wszyscy chętnie odpowiada…jak wiedzą…a jak nie wiedzą, to spytają w Twoim imieniu kogoś innego.

Czekasz zatem na przystanku. Rozkładu nie ma nawet na najbardziej nowoczesnych przystankach. Nie ma nie dlatego, że ktoś ukradł, czy się zmoczył i odpadł.
Nie ma, bo nie ma z założenia. Nigdy nie było. Autobus będzie wtedy kiedy będzie… nie wcześniej, nie później. Jak często jeździ, też się nie dowiesz. Trzeba trenować cierpliwość.

Zatem czekasz…
10 minut…
20 minut…
W końcu nie wytrzymujesz…

Hiszpański przydaje się po raz trzeci.
Pytasz (jeśli jest kogo), kiedy możesz spodziewać się autobusu.
Nikt nie wie ale wszyscy chętnie z Tobą porozmawiają. Dopytają o kraj pochodzenia, imię, stan cywilny itd.

Po kolejnych 10 minutach przyjeżdża Twój autobus…
Nie jeden ale dwa..a czasem i trzy. Zawsze jeżdżą w towarzystwie. Najwyraźniej nudno jest jeździć w pojedynkę.
Zadowolony wchodzisz do autobusu.

Buenos_Aires_-_Colectivo_37_-_120212_121449
(Colectivos – autobusy w Buenos Aires)

Hiszpański przydaje się po raz czwarty.

O cenie biletu decyduje kierowca. Wchodząc mówisz, gdzie chcesz dojechać a kierowca podaje kwotę, którą musisz zapłacić. Trafisz na uczciwego kierowcę, uczciwie poda obowiązującą stawkę. Trafisz na nieuczciwego, poda stawkę wyższą.
– Czemu drożej? – pytasz
– Dopłata za serwis – opowiada.

Co znaczy dopłata za serwis? – dziwisz się. Przecież bilet bez dopłaty jest opłatą za serwis! Nie wnikasz w szczegóły, bo Cię wchodzący do autobusu tłum wgniata w skrzynię biegów.

Dobrze. Zapłaciłeś i zadowolony z siebie jedziesz…
Twoje błogie szczęście nie trwa długo…

Przejeżdżasz trzy przecznice….
I co? Ulica zamknięta…
Strajk? Wypadek? Koklusz.? Trzęsienie ziemi?
Nie wiesz…nigdy nie wiesz…ale autobus stoi.

Kierowca najpierw nie reaguje. Czyta smsy, obdzwania znajomych i rodzinę. Słyszysz jak krzyczy do słuchawki, że kocha swoją dziewczynę, że fajnie było na ostatniej randce, że nie lubi jej koleżanki…
Kierowca nie jest jedyny, którego słyszysz. Każdy wyciąga telefon i gdzieś dzwoni. I tak dowiadujesz się, co dziewczyna w czerwonej bluzce będzie miła na obiad, dlaczego pana w garniturze boli kolano i z jakiej rewelacyjnej promocji na kurczaka skorzystała pani w żółtym wdzianku.

Po pół godziny i po załatwieniu wszystkich ważnych spraw, poirytowany kierowca bierze sprawy w swoje ręce i wybiera inną drogę. Autobus zamiast jechać po swojej trasie, jedzie dwie albo i cztery przecznice dalej.

Hiszpański przydaje się po raz piąty.
Musisz dowiedzieć się, gdzie wysiąść…odnaleźć się w nowej sytuacji. I to szybko!
Do zatrzymania autobusu służy przycisk. Jeśli nie naciśniesz w porę i jeśli nikogo nie ma na przystanku, autobus się nie zatrzyma. W ogóle jest ciężko, jeśli nie ma ludzi na przystanku. Autobusy zatrzymują się wtedy na sekundę albo zmniejszają prędkość nie zatrzymując się wcale. Jest prawo, które mówi, że kierowca może otworzyć drzwi, gdy zmniejszy prędkość do 15 km na godzinę…i tak robi. Rezultat? Autobus opuszcza się nie wychodząc z niego ale wyskakując.

Opcja alternatywna – taksówka.

Możesz oczywiście nie wybrać metra i autobusu i skorzystać z taksówki. Kosztuje około 10 razy więcej. Jeśli myślisz, że tu się obejdziesz bez hiszpańskiego, to jesteś w błędzie…szczególnie, jeśli jest korek.
Jeśli jesteś płci męskiej, to czekają Cię rozmowy o ostatnim meczu Boca vs. River.
Jeśli jesteś płci żeńskiej, zapewne ominą Cię wspomnienia o ostatnich golach, ale za to będziesz zaproszona na kawę, wino, ciastko, a nawet cały obiad. Może się zdarzyć (pamiętacie Susie? – jej się tak zdarzyło!), że kierowca wyjmie z bagażnika szampana i zacznie zapraszać do domu…

Hiszpański przyda się, cokolwiek zdecydujesz w kwestii szampana…

Zjęcia:

Opublikowano Argentyna, BA -uwagi praktyczne, Moje Buenos Aires | Otagowano , , | 1 komentarz

O tym, jak kot Oluś pojedzie do Stanów

zdjęcie (2)

Buenos Aires, Poniedziałek, 7 kwietnia 2014, godzina 17.20
Wiadomość na Skype’ie od Kasi: Jedziemy do Stanów! Eren dostał pracę!
Taką wiadomość dostałam dziś od moich przyjaciół – Kasi i Erena.

Był rok 2007..
Procowałyśmy z Kasią w jednej firmie.
Poznałyśmy się dzięki pracy. I w pracy się zaprzyjaźniłyśmy. Kasia po 6 miesiącach w Indiach, ja po roku na Tajwanie…Miałyśmy sporo wspólnego. Przede wszystkim to, że kochałyśmy podróże. Przyjaźń narodziła się szybko. Szybko też powstał plan na wspólny wyjazd. Miałyśmy jechać na Kaukaz.
I wtedy wojska rosyjskie weszły do Gruzji…

Weszłam do Kasi do biura i mówię:
Wojna w Gruzji, nie możemy jechać. Musimy jechać w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Popatrzyłam na mapę, która wisiała u Kasi w biurze i mówię:
Może Turcja?

Jeszcze tego samego dnia miałyśmy kupiony bilet do Stambułu a miesiąc później wylądowałyśmy na Taksimie.

Znajomy znajomej miał nas oprowadzić po Stambule. Nie mógł…ale polecił znajomego…Erena – muzyka z Turcji.

I tak się wszystko między nimi zaczęło…

Trzy lata trwał ich związek na odległość. Kasia w Warszawie, Eren w Stambule. Wszyscy mówili: Nie wyjdzie, nie wyjdzie. Związki na odległość nie wychodzą.

Trzy lata później zdecydowali, że Kasia zostawi pracę i karierę w Polsce i pojedzie żyć do Stambułu. Wszyscy mówili: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Z muzykiem? Bycie muzykiem to żaden zawód, nie dacie rady się utrzymać.

Kasia zanim pojechała do Stambułu, przyjechała do mnie do Londynu na kilka dni. Chodziłyśmy po Covent Garden. Zadzwonił Eren, mówiąc: Kasia, mam dla nas mieszkanie! Wysłał zdjęcia na moją komórkę. Oglądałyśmy je z wielką ekscytacją.

Pojechała. Oglądali po raz pierwszy mieszkanie…to właśnie wtedy Eren oświadczył się Kasi. Wszyscy mówili: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Z Turkiem…Gdzie z Turkiem? W piwnicy będzie Cię trzymał! Burkę będziesz nosić!

Potem był przepiękny ślub. Zjechała się rodzina i przyjaciele. Ceremonia i wesele odbyły się na statku. Płynęliśmy po Bosforze. Ja byłam świadkową a świadkiem przyjaciel Erena.

Od początku mieli plan wyjazdu do Stanów. Eren mieszkał w Stanach przez wiele lat i bardzo chciał tam wrócić. Nie było to jednak takie proste…

Pierwszy rok Kasia nie pracowała…uczyła się tureckiego. Eren pracował. Praca nie była stabilna ale brał wszystko, co mógł, żeby utrzymać siebie i Kasię. Rodzice pomagali im jak mogli.

W drugim roku Kasia poszła do pracy i przejęła obowiązki utrzymania siebie i Erena. Eren przestał pracować i skupił się nad swoim portfolio. Eren nie tylko gra ale też komponuje. Portfolio było potrzebne do złożenia aplikacji na studia doktoranckie do Stanów…Stany były ich marzeniem.

Zaczął się trzeci rok. Luty. Portfolio gotowe. Wydali wszystkie oszczędności, żeby wysłać portfolio do kilku uniwersytetów w Stanach.
Wszyscy mówili: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Trzeba mieć znajomości, trzeba być geniuszem, żeby się dostać na studia doktoranckie do Stanów.

Dziś, po tylu latach dostali odpowiedź z jednego z lepszych uniwersytetów. Eren dostał pracę na uczelni – będzie robił doktorat. Kasia jedzie z Erenem. Jako żona doktoranta będzie mogła tam pracować.
Ja dziś płaczę ze szczęścia, bo wiem ile ich to kosztowało, wiem przez co przeszli. Ile ‘nie wyjdzie, nie wyjdzie’ musieli pokonać. Jestem z nich dziś strasznie dumna.

Eren, excellent, fantastic, amazing job!!! I’m so proud of you!!!
Kasiu, nie znam drugiej osoby tak cierpliwej i spokojnej jak Ty. Eren bez Ciebie, Twojego wsparcia nigdy by tego nie zrobił.

Dziś jedynym problemem Kasi i Erena jest, jak zabrać Olusia (kota) do Stanów. Pewnie teraz wszyscy mówią: nie wyjdzie, nie wyjdzie. Koty nie latają…

Ale Oni Olusia wezmą do tych Stanów…zobaczycie!

PS. Jeśli jakieś literówki to przepraszam…Tekst pisany z sercem bijącym bardzo szybko.
PS2. No tak…Zdjęcie też mogłam wyczyścić…:)

Opublikowano Rodzina i Przyjaciele Królika, Uncategorized | 6 Komentarzy

Ubezpieczenie w podróży, czyli czego lepiej nie wybierać…

Uwaga uwaga!!!warto przeczytać!!!

where is juli + sam

Bo w podroży to trzeba mieć dobre ubezpieczenie! Ale, jak się ubezpieczyć w samotną, sześciomiesięczną podroż dookoła świata, jak większość ubezpieczycieli każe po 90 dniach wrócić do kraju? Ubezpieczenie to to, nad czym spędziłam chyba więcej czasu niż nad układaniem swojego biletu dookoła świata. Klikałam i szukałam: Jakie ubezpieczenie wybrać na podróż, który ubezpieczyciel jest najlepszy, gdzie lepiej się nie ubezpieczać, ubezpieczenia turystyczne, ubezpieczenia zdrowotne w podroży… Przeszperałam internet, przepytałam znajomych, agentów ubezpieczeniowych, wydawało mi się, że zrobiłam wszystko, co mogłam ale chyba zrobiłam za mało i do dziś się zastanawiam, dlaczego to wszystko skończyło się tak, a nie inaczej…

Jakie ubezpieczenie wybrać na podróż dookoła świata?

WiJ ubezpieczenie w podroży

Naprawdę długo szukałam, zastanawiałam się nocami, aż wreszcie postawiłam na COMPENSA VIENNA INSURANCE GROUP. W końcu porządny ubezpieczyciel, co nie? Wykupiłam najdroższe ubezpieczenie z serii Compensa Voyage, pakiet platinum, które miało mi zapewnić spokojną podróż i pomoc w razie kłopotów ze…

View original post 1 991 słów więcej

Opublikowano BA -uwagi praktyczne, Uncategorized | Dodaj komentarz

Buenos Aires. Smartphonem z biedy…

afiche
Tłumaczenie:
Znalazłeś się na ulicy?
Możemy Ci pomóc
Zeskanuj swoim smartphonem kod z plakatu i sprawdź, gdzie możesz się schronić.

Ona:
Ciężko powiedzieć ile miała lat. Może 16 a może 40. Rysy twarzy miała nastolatki, ale skórę osoby znacznie starszej. Włosy czarne, długie, roztrzepane. Nie miała połowy przednich zębów. Ubrana była w łachy, siedziała na brudnym materacu, pod arkadami, w pobliżu ekskluzywnych sklepów w centrum Buenos Aires. Na tym właśnie materacu, schroniona przed deszczem i upałem, urządziła sobie kawałek świata. Trzyma na nim wszystko co ma. Jakiś koc, jakieś ubrania w reklamówce, jakiś chleb i mate. Takich jak Ona jest w Argentynie bardzo dużo.

Przed nią, na materacu, leżał nagusieńki chłopczyk. Malutki. Na moje oko 4-miesięczny. Ona uśmiechając się do niego, myła go szmatą, którą najpierw moczyła wodą z butelki. Nasza „Ona” była Mamą i to nie było jej jedyne dziecko. Obok niej na materacu siedziało drugie dziecko – może dwuletnie, może młodsze. W brudnych ubrankach, bez bucików, z czarnymi od biegania po ulicy stópkami. Bawiło się dużym kartonem.

Nie widać w niej było ani szaleństwa, ani agresji, tak typowych dla ludzi bezdomnych. Widać matczyną czułość. Patrzyłam na nią i czułam tę swoistą więź, która rodzi się między ludźmi w obliczu dzieci. Popatrzyłam na nią nie jak na bezdomną ale jak na mamę dwójki bobasów. Poczułam, że jesteśmy takie same – pełne kobiecej czułości i miłości.

Zauważyła, że na nią patrzę i powiedziała ‚una moneda por favor’.

Wspólnota, więź, jednogatunkowość…
O czym ja mówię?
Czy ja w ogóle jestem w stanie ją zrozumieć?
Ona śpi na ulicy, kiedy ja się boję wyjść z domu wieczorami. Ona je okruch starego chleba, kiedy ja jem w elegancko urządzonych restauracjach. Ja mam rodzinę, przyjaciół, którzy nie zostawią mnie w potrzebie, Ona samotnie musi liczyć na łaskę obcych. Ona ma dzieci, które musi wyżywić, ja wciąż wolna od takich zmartwień. Jej problemem jest jak przeżyć noc, jak nie zamoczyć materaca, za co zjeść. Mój problem to jechać na rejs do Brazylii, czy może raczej odwiedzić przyjaciółkę w Turcji. Ja z wykształceniem, z językami, z doświadczeniem…Ona z niczym.

Dobrze, że widzę w człowieku człowieka ale zrozumieć jej sytuację mogę tak, jak zrozumieli ją urzędnicy z argentyńskiego rządu, którzy rozwiesili plakaty po całym Buenos Aires mówiące:
Znalazłeś się na ulicy?
Możemy Ci pomóc
Zeskanuj swoim smartphonem kod z plakatu i sprawdź, gdzie możesz się schronić.

*proszę o pieniądze..

Opublikowano Argentyna, Moje Buenos Aires, Przemyślenia ogólne | 2 Komentarze

Opowieści Mamy: Cena sukcesu, czyli historia o naszym wspólnym, 6-miesięcznym pobycie w Anglii.

Tytułem wstępu do opowieści Mamy
W połowie kwietnia 2010 dostałam propozycję awansu. Awans wiązał się z przeprowadzką do Anglii, do 60-tysięcznej miejscowości Aylesbury, położonej blisko Londynu. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe zadania i zupełnie inna rzeczywistość. Pracę w Anglii rozpoczęłam 1 maja. Rodzina w składzie: Mama, siostra – Agnieszka i dwóch siostrzeńców – Bruno (lat 8) i Wadim (lat 2) dojechali do mnie pod koniec sierpnia. Przed pobytem w Anglii, przez wiele lat mieszkaliśmy nie tylko w różnych mieszkaniach, ale też w różnych miastach. To jest opowieść o naszym wspólnym 6-miesięcznym pobycie w Anglii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Magda i Bruno na tle angielskiej prowizorki)

Oddaję głos Mamie:
Od dawna kiełkowała w nas myśl, jak zorganizować dłuższy wyjazd do Anglii, aby starszy wnuczek – Bruno, chodził tam do szkoły a córka – Agnieszka (jak to my mówimy) ”szlifowała” angielski. Wyjazd nie wydawał się być realny. Bruno miał 8 lat i chodził do szkoły w Polsce, Wadim 2 latka, Agnieszka pracowała w Polsce a ja byłam w trakcie walki z chorobą.

Kropla drążyła skałę, aż w końcu rozwiązanie przyszło samo. Madzia otrzymała propozycję oddelegowania do pracy właśnie do Anglii. Po podjęciu przez Madzię decyzji o przyjęciu propozycji, po naradzie rodzinnej i po przekonaniu przez Agnieszkę taty chłopców o celowości wyjazdu, postanowiliśmy, że spróbujemy.

Z dużym entuzjazmem przystąpiłyśmy do przygotowań. Po załatwieniu przez Agnieszkę wszystkich formalności związanych ze szkołą Bruna w Polsce i Anglii i z jej pracą, po zdobyciu dla mnie recept na pół roku, spakowałyśmy się w cztery wielkie torby i polecieliśmy do Anglii. Madzia widząc nas z torbami w Aylesbury, wybuchła śmiechem. Na początku było zabawnie…Przygoda.

Początki…
Licząc się z tym, że przyjedziemy w cztery osoby, Madzia wynajęła trochę większe mieszkanie niż jej było potrzebne – 3 pokoje, kuchnia, łazienka – takie nasze dawne M4.
Mieszkamy blisko pracy Madzi i szkoły Brunia. Madzia oddała nam swoją sypialnię, swoje łóżko a sama spała na kanapie w drugim pokoju. Wynajęła mieszkanie nieumeblowane i nie zdążyła go wyposażyć. Nie miałyśmy szafy na ubrania, więc ciężko się było rozpakować z naszych czterech toreb. Miałyśmy dla siebie tylko jedno łóżko i dmuchany materac. Nie miałyśmy wózka dla Wadusia, nie miałyśmy samochodu, czy choćby roweru. Do sklepu było daleko a taksówka droga.

Rozpoczęło się koczowanie…

Notatka z pamiętnika: 7 września 2010r.
Obraz mnie, Agnieszki i Wadusia wracających z centrum handlowego:
Rumunki w Polsce to mało powiedziane. Naszym środkiem transportu jest obecnie wózek dziecięcy, który dostałyśmy od mieszkającej w Londynie kuzynki. W wózku Waduś. Na rączkach od wózka po lewej stronie: plecak – małpka, z którą Waduś się nie rozstaje i zakupiona dodatkowa duża kołdra. Po prawej stronie: torba,
reklamówka z płaszczem i moja kurtka. Pod spodem wózka: duża torba ekologiczna z zakupami spożywczymi. Budkę od wózka musiałyśmy regulować co chwilę, bo co chwilę zmieniała się pogoda – raz deszcz, raz słońce. Jak padało, to trzeba było zakryć chociaż Wadusia. My byłyśmy całe przemoczone. Modliłyśmy się, aby zdążyć odebrać Bruna ze szkoły.
Ja szłam z tyłu, bo nie miałam już siły a Agnieszka z wielką torbą z Ikei, z szafą ogrodową w środku (nasze późniejsze półki), poszła po Bruna. Dobrze, że Waduś spał i nie chciał ‘cacu’ (Agnieszka karmiła go jeszcze od czasu do czasu piersią) albo tzw. ‘sola’- cukru z torebki, który dostawałyśmy w kawiarni do słodzenia…
….Polki w Anglii, którym zachciało się edukować dzieci zagranicą… Szkoda, że nie miałam aparatu fotograficznego. Mimo wielkiego zmęczenia jesteśmy zadowolone, że udało nam się kupić wiele potrzebnych rzeczy.

Angielska szkoła Bruna
Bruno chodził do klasy z trójką polskich dzieci. Mówiono nam, że dzieci w szkole mają pomoc językową. Nic podobnego. Nie było żadnej pomocy. Bruno przeżywał na początku traumę. Jego znajomość angielskiego była zbyt słaba, by rozumieć o czym mówią na lekcjach. Wiele rozmawiałyśmy z nim, aby się nie przejmował, że da radę, że jest dobry. Bardzo nam było go żal. I tak był w stosunkowo dobrej sytuacji. Obie córki – mama Agnieszka i ciocia Madzia pomagały mu w domu. Inne dzieci nie wytrzymywały, płakały, nie chciały chodzić do szkoły. Rodzice nie znali języka, nie mogli pomóc swoim dzieciom. Na wywiadówki chodziła z nimi Agnieszka, aby przekazać jakieś informacje. Agnieszka (w Polsce nauczyciel języka angielskiego) chciała jako wolontariusz pomagać Brunowi i pozostałym polskim dzieciom. Przepisy nie pozwalały. Nie miała jakiś papierów. To że jest nauczycielem z wieloletnim doświadczeniem nie wystarczyło.

Bariera językowa jest straszna. Odczuwałam ją codziennie. Prawie codziennie chodziłam z Wadusiem do klubu, gdzie dzieci, razem z opiekunami wspólnie się bawią. Nasz Waduś miał 2,5 roku i był najstarszym dzieckiem. Zajęcia trwały około trzech godzin a ja wśród dzieci i opiekunów bez znajomości języka. To były proste zabawy więc naśladowałam co robili inni. Czułam ból Brunia, który w swojej szkole nie tylko musiał naśladować ale zrozumieć polecenia i uczyć się.

Na początku z Brunem bywało różnie. Zapytany, co sądzi o wyjeździe mówił: ‘Jest fajnie. W szkole mam 2 kolegów’ albo ‘Lubię Anglię, lubię Oksford, muzeum z dinozaurami. Chcę tu kiedyś studiować’. Bywały też niestety dni, kiedy był bardzo smutny albo zdenerwowany. Chciał brać udział w lekcji i zabawach ale nie rozumiał o co chodzi. Był silny, nie płakał ale miał łzy w oczach.

Jemu było naprawdę ciężko. Oprócz materiału szkoły angielskiej przerabiał z nami w domu materiał klasy drugiej polskiej szkoły podstawowej. Chodził też do niedzielnej szkoły polskiej. Tam też się uczył ale lubił tam chodzić, bo miał kontakt z dziećmi, które bez trudu rozumiał i czuł się pewniej. No i dodatkowo przygotowania do pierwszej komunii…

Tymczasem w domu…
Z czasem wszyscy mieliśmy dość. W Polsce bardzo przyzwoite warunki mieszkaniowe, komfort, dużo miejsca, każdy ma swoje oddzielne mieszkanie…a tu…? Często pojawiała się myśl, żeby wracać. Przychodziło myślenie, czy ten wyjazd ma sens. Mogliśmy wrócić, ale co ze szkołą Bruna? Tu nieskończony semestr, w Polsce nieprzerobiony materiał.

Sytuacja zaczęła nas przerastać. Szczególnie Madzię. Ona pracowała. Miała stresującą, odpowiedzialną pracę i musiała się wysypiać. Dzieci jej nie pozwalały. Chciały się bawić, płakały, wstały rano. Madzia chodziła poirytowana.
Dla mnie najgorsze były noce. Agnieszka do późnej pory pisała na komputerze. Kiedy wchodziła do łazienki w nocy się wykąpać, drzwi skrzypiały, włączały się wentylatory, wszystkie rury grały. Wtedy ja się budziłam i noc miałam z głowy. Brałam wtedy środki nasenne, po których rano byłam nieprzytomna.
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Zabrałam koce, poduszkę i wymościłam sobie wannę aby tam spróbować zasnąć. Rano Madzia weszła do łazienki i mało nie dostała zapaści. Ja po tabletce spałam w wannie jak zabita. Pozycja w jakiej leżałam w wannie spowodowała ból chorej ręki. Modliłam się, żeby mi się nie zebrała chłonka, bo to mogło spowodować nieodwracalne spuchniecie ręki (ciągły strach po przebytej chorobie). Na szczęście ręka nie spuchła. Kości rozprostowałam i obiecałam, że w wannie już spać nigdy nie będę. Dobrze, że dzieci nie weszły rano pierwsze do łazienki…

Napięta atmosfera utrzymywała się przez jakiś czas ale im bliżej terminu powrotu, tym było nam wszystkim łatwiej.

Bruno coraz więcej rozumiał z tego, co się dzieje w szkole i to nas bardzo cieszyło. Nauczyciele mówili nam, że dzieci po pół roku znają język na tyle, że mogą się porozumiewać. I tak się stawało. Zajął pierwsze miejsce w konkursie matematycznym wśród klas czwartych. Miał coraz więcej kolegów i koleżanek. Chodził do klubu piłkarskiego, na basen. Waduś chodził do biblioteki, gdzie uczył się pląsów, do klubu malucha. Znał już coraz więcej piosenek i wprowadzał angielskie słowa do swojego dziecinnego języka.

Agnieszka skończyła kurs nauki matematyki małych dzieci, dostała pracę, zdobywała doświadczenie w prowadzeniu dokumentacji firmy i realizowała swoje marzenie o daniu dziecku możliwości nauki języka w naturalnych warunkach. Sama odświeżyła swój warsztat potrzebny jej do pracy jako nauczyciel języka angielskiego.

Madzia pracowała i w międzyczasie robiła studia podyplomowe w Oksfordzie. Chociaż czasem się denerwowała na porozwalane kredki czy cukierki na łóżku, doceniała fakt, że z nią jesteśmy, że ma z kim pogadać, że ją przytulaliśmy jak było jej trudno w pracy i jak miała cieplutki obiad czekający na nią po pracy czy szkole.

Z czasem dorobiliśmy się nowego, porządnego, drugiego materaca, zdobyłyśmy przyzwoity wózek (ten od kuzynki się rozleciał, bo nie był używany zgodnie z przeznaczeniem). Odwiedził nas zięć. Agnieszka przyprowadziła z Polski samochód. Codzienne zakupy nie były problemem a stały się przyjemnością, zaczęliśmy podróżować po Anglii, odwiedzać nowe miejsca, znajomych.

Po powrocie…
Bruno wrócił do swojej szkoły w Polsce. Nadrobił zaległości, poszedł razem ze swoja klasą do komunii. Teraz startuje w konkursach z języka angielskiego, w których zajmuje czołowe miejsca. W czasie wspólnych podróży jest moim przewodnikiem – tłumaczem.

Waduś nauczył się podstawowych słówek i teraz bardzo lubi angielski w przedszkolu. Po jakimś czasie pojechaliśmy odwiedzić Madzię do Anglii. Poszłam z nim na spacer. Mówił mi ‘ja tu byłem’. Pamięta jak chodził do klubu i w co się tam bawił. Pamięta powtarzane przez nas pląsy.

A ja? Ja spełniłam się jako babcia w trudnych warunkach. Pomogłam jak potrafiłam wnukom i córkom i czuję się przez to szczęśliwa.

Opisane fakty to tylko niektóre blaski i cienie naszego pobytu. Dzisiaj na pytanie, czy warto było, odpowiem – tak warto było. Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Tak, ale myślę, że inaczej byśmy to zorganizowały, szczególnie pod względem lokalowym.

Ludzie wyjeżdżają i opowiadają jak w Anglii jest dobrze, jak łatwo o pracę, jaka super opieka socjalna itp. Na wszystko trzeba patrzeć z przymrużeniem oka i brać co inni mówią pod poprawkę. My miałybyśmy ułatwioną sytuację, bo miałyśmy gdzie mieszkać, bo priorytetem nie była praca tylko nauka języka i poznawanie kraju. Życie na emigracji nie jest proste nawet w tak ułatwionej sytuacji. To duże wyzwanie organizacyjne i emocjonalne.

Dzisiaj często śmiejemy się z rozwalającego się wózka, z szafy ogrodowej zamiast półek, z kredek wypranych z koszulami Madzi, z ubrań w szafkach kuchennych, z tego że spałam w wannie.

Trudy minęły a w głowach zostały dobre wspomnienia. Teraz każda 5 czy 6 Bruna z angielskiego cieszy potrójnie…bo to nasz wspólny sukces.

W opwieści wystąpili:
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Bruno przed Halloween)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Wadim na tle mnie w barłogu)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(Magda i Agnieszka w siostrzanym wypadzie do Kornwalii)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(no i Ja. Wigilia 2010)

Opublikowano Tymczasem Mama... | Otagowano , , | 7 Komentarzy